Inny świat…

Inne kolory i światło.  Porośnięte porostami, zielonkawo-brązowe pnie nagich jeszcze drzew, brunatna ściółka, z prześwitującą tu i ówdzie nieśmiało świeżą zielenią. I złote światło chylącego się ku zachodowi słońca. Tak, jakby po zimie zagościła jeszcze na krótki czas późna jesień…

Taki świat dzisiaj oglądałam - tak inny od pokrytego śniegiem, odbijającym w zimnych pastelowych barwach promienie tego samego, zachodzącego słońca.

A gdzieś w tle wesołe pogwizdywanie kosa.

Jeszcze trochę, a drobne, białe kwiaty pokryją okoliczne łąki…

Jeszcze trochę, a nadejdzie rocznica dnia wolności.

I treningi w pachnącym wiosną powietrzu.

Mimo wszystko jednak za zimą będę tęsknić :)

I znów Czwarta Era…

Zdjęcie jest własnością autorki

A niepokój i wewnętrzne przeświadczenie, że dzieje się coś więcej niż widać pozornie, coraz silniej dają znać. Może jakiekolwiek wyjaśnienie przyniesie wędrówka na północne krańce Gór Mglistych… Może w świetle pochodni, rozjaśniającej kamienną, pustą komnatę dojrzę cokolwiek, co wskaże choćby ślad dalszej drogi? Czy może będzie to początek odkrycia innych mrocznych tajemnic?

Cokolwiek ma się stać, chyba warto zrobić krok naprzód…

I tak oto powstała kolejna część Kwiatu Morgulu. Nosi ona tytuł Przez bramę tajemnic.

Listopadowe Sowie Śródziemie

Odwiedziny w Sowim Śródziemiu stały się już stałym punktem wyjazdowych weekendów. Pojechaliśmy do Bielawy w piątek wieczorem, wróciliśmy w niedzielę wieczorem. Pogoda dopisała wyjątkowo - niskie, późnojesienne słońce, błękitne niebo, i cudne światło rozświetlające jeszcze dodatkowo czerwono-złote bukowe i modrzewiowe lasy.

Po przyjeździe do Bielawy, jeszcze późnym wieczorem w piątek, wznieśliśmy toasty za pomyślnie zdane egzaminy na kolejne stopnie uczniowskie w karate - mONY, Jarka, Oli i Kate. Toast wzniesion nie byle czym, bo dobrym aromatycznym dwójniakiem. Poznaliśmy również nowego czworonożnego członka rodziny mONY - marmurkowego jamnika długowłosego o imieniu Lagos, a przezywanego Legosiem ;-)

Sobota upłynęła pod znakiem wędrówki po górkach, w tym przedzierania się na przełaj przez las. Bestia, brodząc po brzuch w liściach była w dziewiątym bestiowym niebie. Przedarlim się, a jakże. Dochodząc tym samym do drogi, na którą powinniśmy wyjść dużo wcześniej, ale chyba ścieżka prowadząca do niej zarosła, w każdym razie przegapiliśmy ją i stąd przymusowy marsz przełajowy. Ale przyjemniejszy o bogaty w okoliczności przyrody - w postaci około dziesięcioosobowego stadka dzików, które przegalopowały przed nami, kryjąc się w rosnącym opodal młodniaku.

Kawałek dalej, przy drodze znaleźliśmy wygodne miejsce na krótki odpoczynek i wypicie puszeczki Żubra. Słońce łagodnie grzało, a my toczyliśmy poważne dysputy na temat szeroko pojętej sztuki wojennej w Europie.

Później poszliśmy dalej do rozdroża szlaków turystycznych, zwanego “Trzy Buki”. mONA przy okazji powiedziała nam, że nazwa tego miejsca wzięła się z tego, że niegdyś rosły tam trzy wiekowe, grube buki, z których teraz został tylko jeden. Choć również staruszek, to jeszcze się ciągle trzyma :)

Z “Trzech Buków” poszliśmy jeszcze kawałek dalej, po czym zawróciliśmy i szeroką drogą wiodącą w dół doszliśmy, oczywiście do “Pstrąga”. W “Pstrągu” było spokojnie i praktycznie pusto. Niedługo potem siedzieliśmy w półmroku przy świetle świec, zajadając się pieczonym na ruszcie pstrągiem. Wspaniałe miejsce - bez niepotrzebnego snobistycznego agro-lansu, trochę surowe, ale właśnie dlatego jedyne i niepowtarzalne w swoim klimacie.

Wieczór już był, gdy dotarliśmy z powrotem do mONY.

Na następny dzień poszliśmy w okolica Góry Parkowej i starego łomiku i na okolicznej łące zrobiliśmy trening. Potem, wygłodniali, zjedliśmy jeszcze iście hobbicką domową pizzę.

Ale niestety później już trzeba było pomyśleć o powrocie… Spakowawszy się, wyjechaliśmy niedługo po zachodzie słońca.

To był piękny i wyjątkowo ciepły weekend jak na listopad, który widać stara się, jak może, aby wynagrodzić pochmurny i deszczowo-śniegowy październik. Góry Sowie pięknie wyglądały w swej jesiennej krasie, pomimo, że niedawne przymrozki pozbawiły buczyny tej najbardziej intensywnej czerwieni.

Osobiście cieszę się, bo udało mi się porobić prawdziwie jesienne zdjęcia - po fatalnym październiku obawiałam się, że na żadne “złote” i “rude” kadry przy ładnym świetle nie ma już szans. Na szczęście się udało i moja potrzeba zbierania jesiennych barw została w sporym stopniu zaspokojona :)

Czas mglistych poranków

Sennym tykaniem zegara mijania nadchodzi pora,
Czasu zamkniętego w słowie nie sposób cofnąć wstecz,
Promieniem zabłysło na ścianie ostatnie spojrzenie przed nocą,
Powraca szept jak modlitwa odległy o długość dnia.

To czas mglistych poranków
To dni rozmów przy wtórze deszczu
Chwytając babie lato dłońmi
Zatrzymać pragniesz czas

Jednak jesień to nie tylko chmury, słota i deszcz. To również pełne uroku dni, kiedy słońce łagodnym, skośnym światłem wydobywa grę barw jedyną w swoim rodzaju, malując otaczający świat w odcieniach czerwieni i złota. Za cenę krótszego dnia mamy zatem piękne kolory, których próżno szukać podczas przepalonego słońcem lata.

Zdjęcie jest własnością autorkiTo także rześkie poranki, kiedy słoneczne promienie, tak wyraziste w delikatnej mgle sprawiają, że świat staje się pełen magii i niepowtarzalnego nastroju.

I właśnie to wszystko można odnaleźć na jesiennych fotografiach. Właśnie jesienne zdjęcia mają w sobie tego specyficznego ducha, tak, jakby wyrażały nagromadzone w ciągu całego roku emocje i rozmaite przeżycia oraz wydarzenia. Które choć przeminęły, to cały czas na swój sposób tkwią w każdej cząstce świata i go wzbogacają - w każdym promieniu słońca, w każdym złotym liściu. Które sprawiają, że po raz kolejny człowiek zadaje sobie pytanie - czym jesteś, świecie?

Mądre słowa na temat jesieni powiedział Karol Irzykowski: Jesień nie jest odwiniętym wstecz filmem wiosny. Jest bowiem bogatsza o tą wiosnę i lato, które po niej przyszło. I o samą siebie - od jesiennego przesilenia, poprzez Samhain rozpoczynający jej “ciemny” etap, aż do przesilenia zimowego. I tak oto magia jesieni towarzyszy nam cały czas. Dlatego warto choćby podczas krótkiej wędrówki po lesie lub górach dostrzec jej piękno i wzbogacić o nie kolejny kawałek życia.

Tym razem będzie nieco meteorologicznie, chciałabym jednak napisać słów parę o różnych zjawiskach, jakie występują w różnych porach roku, okiem obserwatora przyrody, który jednak nie chce się wdawać w skomplikowane opisy naszpikowane wzorami matematycznymi. Po prostu lubię te zjawiska oglądać, fotografować  i podziwiać :-)  Zacznę od jesieni :)

Przeglądając dzisiaj fotograficzne archiwa natrafiłam na zdjęcia spod Śnieżnika, robione podczas kilkudniowego wyjazdu w listopadzie 2005. I uświadomiłam sobie, że w moim odczuciu jednym z najpiękniejszych zjawisk typowych dla tej właśnie pory roku jest inwersja osiadania, związana z jesiennymi układami wysokiego ciśnienia (nazywanymi czasami wyżami stacjonarnymi). Mechanizm tego zjawiska jest prosty - masa powietrza związana z obszarem wysokiego ciśnienia ma tendencje do osiadania, a wskutek sprężania następuje wzrost temperatury. Osiadaniu gęstego powietrza towarzyszy formowanie się niskich chmur typu stratus, które niczym kołderka mogą rozciągać się nad wielokilometrowymi obszarami. Są one bezpośrednio odpowiedzialne za typowe, poranne jesienne mgły. Bywa, że około południa, pod wpływem słonecznego ciepła stratusy zanikają, ale przy dużych zasobach pary wodnej w wyżowym powietrzu bywa, że nawet na kilka dni zasnuwają niebo. W efekcie w strefie powietrza “pod stratusem” temperatura jest niższa, niż powyżej stratusa, gdzie powietrze ogrzewane jest promieniami słonecznymi (również tymi odbitymi od górnej powierzchni stratusa).

Tak właśnie było wtedy, w listopadzie w 2005 roku, gdy Międzylesie powitało nas pochmurną, mglistą aurą. Stratus szczelnie zakrywał niebo, było dość chłodno, choć na szczęście bezwietrznie. Bezwietrznie do czasu ;-) Z każdym kilometrem znajdowaliśmy się coraz wyżej. W okolicach Jodłowa,  zapomnianej przez bogów i ludzi wiosce, gdzie można nawet dzisiaj zobaczyć domy budowane z lokalnego skalnego budulca, mgla wokól nas zaczęła gęstnieć, a wiatr się coraz bardziej wzmagał tak, że trzeba było wyciągnąć z plecaków wełniane bluzy. W ten sposób weszliśmy właśnie w strefę stratusowej “kołderki”, która bynajmniej jednak ciepła nie była ;-)

Za Jodłowem weszliśmy w lasy porastające zbocza Trójmorskiego Wierchu i Małego Śnieżnika. Mgła jednak stopniowo zanikała, po jakimś czasie ujrzeliśmy nad sobą błękit nieba. Pomału zapadał zmierzch, jednak dzięki wschodzącemu księżycowi widoczność była na tyle dobra, że nie była potrzebna nawet latarka.

Stratusowe chmury tego dnia praktycznie całkiem zanikły, jednak okazało się, że to był dopiero początek ich rozwoju :-) Mieliśmy to okazję obserwować dnia następnego, ze szczytu Śnieżnika - nad nami było błękitne niebo, świeciło słońce i było ciepło, natomiast doliny z każdą godziną tonęły pod morzem chmur. Wreszcie wieczorem tylko najwyższe pasma górskie wystawały ponad powierzchnią chmur jak samotne, zapomniane wyspy.

Takie widoki towarzyszyły nad przez następne dwa dni, włącznie z tym, w który wracalismy do Międzylesia. I znów w rejonach wzgórz koło Jodłowa weszliśmy w strefę chmur, tym razem znacznie gęstszych. Momentalnie zrobiło się zimno i wietrznie, a zewsząd padała marznąca mżawka. Na szczęście zeszliśmy kawałek niżej i opuściliśmy chmurę, ale i tak było tam znacznie chłodniej niż w rejonie samego Śnieżnika.

Było to niezwykłe przeżycie, a zarazem wspaniałe widowisko, jakie zapewniła nam przyroda, pokazując, jak bardzo fascynujący jest otaczający nas świat. Może tej jesieni znów się uda?

IV Era

W Śródziemiu panuje radość i błogi spokój po Wojnie o Pierścień, a kronikarze odłożyli pióra i zamknęli księgi w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Przeszłość jednak wraca, nie tylko w postaci spisanych wspomnień, bo nie sposób się odciąć od niej. Wraz z przeszłością jednak wraca nadzieja, a przyjaźń nabiera zupełnie nowych wymiarów, choć jej droga jest stroma i kamienista.

Może czasami warto pójść za głosem serca, pomimo braku racjonalnego uzasadnienia? Może warto skręcić w bardziej zarośniętą i zapomnianą ścieżkę?

Do Opowiadań doszedł jeden drobiazg. Kwiat Morgulu - Prolog.

Jestem w trakcie lektury wspaniałej książki Jan Fennel Zapomniany język psów. Gdy doczytałam do rozdziału Amichien Bonding: Ustalanie przywództwa w stadzie, jedno zdanie sprawiło, że wszystko, co wiedziałam wcześniej na temat psów, nagle się w dziwny sposób uporzadkowało i wyjaśniło:

Współczesny pies opuscił może wilcze stado, ale instynkty wilczego stada nigdy nie opuściły współczesnego psa.

Przytoczę fragmenty dalszego ciągu rozdziału, który opisuje zwyczaje panujące w wilczym stadzie:

Dwie potężne siły kierują każdym stadem wilków. Pierwszą jest instynkt przetrwania, drugą zaś instynkty rozmnażania. Aby przetrwać i móc się rozmnażać, wilki organizują się w społeczności, których wyraźna i silnie zhierarchizowana struktura nie ma sobie równych w całym świecie zwierzęcym.

Z tym, że ta struktura nie ma sobie równych, to bym dyskutowała, bo o ile wiem, to w stadach słoni istnieje również rozwinięta struktura, szczególnie rozwinięta jest troska o najmniejsze słoniątka, tak samo, jak u wilków troska o szczenięta. Co jednak nie stanowi argumentu przeciw wyjątkowości wilków, ale raczej za tym, że zwierzęta są kimś więcej niż nieraz człowiek sądzi.

Każde wilcze stado składa się z przywódców i osobników im podporządkowanych. Na samym szczycie hierarchii stada znajdują się władcy absolutni - para Alfa.

Jako jednostki najsilniejsze, najzdrowsze, najbardziej inteligentne i posiadające największe doświadczenie, ich zadaniem jest zapewnienie możliwości przetrwania całemu stadu. Konsekwencją takiego stanu rzeczy jest fakt, że to one przewodzą stadu i kierują każdym aspektem jego życia. Status, jaki zajmują, jest podtrzymywany przez stałe okazywanie swojej władzy. Ten autorytet podkreśla na przykład fakt, że są one jedynymi członkami stada, które się rozmnażają. [...] Para Alfa kontroluje i przewodzi całemu stadu, a wszyscy jego członkowie akceptują taki stan rzeczy bez najmniejszego nawet sprzeciwu. Każdy z członków stada bez sprzeciwu akceptuje pozycję, jaka jest mu dana w społeczności i rolę, jaka jest mu przypisana. Życie każdego psa jest życiem pełnym i szczęśliwym, jeżeli wie, że pełni ważną funkcję, pomagającą przetrwać całemu stadu.

Hierarchiczność stada wilków jest nieustannie wzmacniana poprzez wysoce zrytualizowane zachowania. Ma to niezwykle istotne znaczenie, jako że istotą życia wilczego stada jest ciągła zmiana - para Alfa lub podporządkowane im osobniki często giną w walce lub z głodu, są zastępowane przez młodsze i silniejsze od nich jednostki itp. Ze wszystkich tych rytualnych zachowań najważniejsze są cztery, które przetrwały do dnia dzisiejszego i stanowią istotę instynktownych zachowań potomków wilków, współczesnych psów domowych. Wszystkie inne są niejako nadbudowane na nich. [...]

Jako osobniki najsilniejsze, najbardziej inteligentne i posiadające największe doświadczenie Alfa przejmują przewodnictwo w trakcie poszukiwania nowych terenów łowieckich. Kiedy stado znajdzie ewentualny łup, kierują pogonią i samym aktem uśmiercania ofiary. [...] Ofiarą wilków może być mysz albo bawół, zając lub łoś. Stado wilków potrafi całymi godzinami tropić zwierzynę, płoszyć ją czy zaganiać w określone miejsce, przemierzając często siedemdziesiąt i więcej kilometrów w ciągu dnia. Organizacja takiego przedsięwzięcia wymaga determinacji, odpowiedniej strategii i zdolności kierowniczych. To właśnie zadaniem pary Alfa jest dostarczenie stadu tego wszystkiego. Zadaniem pozostałych członków stada jest podążać za nimi i wspierać ich w tym, co robią.

Po zabiciu ofiary, para Alfa ma absolutne pierwszeństwo, kiedy przychodzi czas na jej zjedzenie. Wynika to z faktu, że przetrwanie stada zależy od tego, aby para Alfa zawsze znajdowała się w jak najlepszej kondycji fizycznej. Dopiero wtedy, kiedy są syte i dadzą znak, że skończyły jedzenie, pozostali członkowie stada mogą przystąpić do uczty, ale również w określonym porządku: stojące najwyżej w hierarchii osobniki robią to pierwsze, dopiero po nich podchodzą te, które w hierarchii stoją od nich niżej. Po powrocie do obozowiska karmione są pozostające tam szczenięta i ich opiekunowie - te wilki, które brały udział w polowaniu, zwracają dla nich część zawartości żołądka. [...]

Para Alfa odpłaca respekt i szacunek, jaki przez wszystkich jest im okazywany, biorąc na siebie całkowitą odpowiedzialność za stado. Jeżeli jakiekolwiek niebezpieczeństwo pojawi się na horyzoncie, to właśnie para Alfa staje na pierwszej linii frontu, aby bronić stada. [...] Stając w obronie stada, para Alfa może to robić na jeden z trzech sposobów - może zacząć uciekać, może zignorować niebezpieczeństwo, albo może przystąpić do walki. Bez względu jednak na podjętą decyzję pozostali członkowie stada zawsze stają za nimi i swoim zachowaniem wspierają to, co postanowili ich przywódcy.

Można by powiedzieć z naszego, człowieczego punktu widzenia, że w wilczym stadzie panuje dobrze rozumianie pojęcie odpowiedzialności, jaka spoczywa na parze Alfa, oraz posłuszeństwa. To drugie nie jest bynajmniej narzucone - wynika natomiast z istniejącej równowagi - każdy wilk w stadzie wykonuje zadanie, któremu jest w stanie sprostać, i którego wykonywanie jeszcze w dodatku sprawia mu przyjemność - na przykład wyjątkowo szybko biegający wilk będzie z radością wykonywac zadanie polegające na zaganianiu również chyżej zwierzyny. Natomiast niższy, o krótszych, ale silnych łapach wilk z powodzeniem będzie wyganiać z zarośli lub jam mniejszą zwierzynę. Czyż może być większe szczęście? :-) Zresztą… czasami widuję psy tzw. pracujące - jako przewodnicy osób niewidomych, biorące udział w akcjach ratunkowych, kiedyś oglądałam też film o psach towarzyszących człowiekowi w polowaniach. I zawsze te psy sprawiały wrażenie szczęśliwych, że robią, co do nich należy, że są za coś odpowiedzialne. I że robią to najlepiej, jak potrafią. I chcą to robić, bo dla nich to wielka frajda.

Rozbudowana, ale wyraźna hierarchia wilczych stad wynika nie tylko z wielkiej inteligencji tych zwierząt, ale również z ich olbrzymiej różnorodności, jeśli idzie o zdolności, predyspozycje, charakter i ogólnie cechy osobowości. Wszystko to sprawia, że Canis lupus, jak i wywodzacy się od niego nasz współczesny Canis familiaris są zwierzętami tak bliskimi człowiekowi. I od których my, ludzie, tak wiele możemy się nauczyć.

A książki Jan Fennel polecam szczerze każdemu, komu zależy na nawiązaniu z psem tej szczególnej więzi, która właśnie stała się najważniejszym czynnikiem narodzin Canis familiaris.

Sowie Śródziemie II

Soczystą zieleń dzięki obfitym deszczom tego lata widać praktycznie wszędzie. Ku mojej wielkiej radości w tym roku nie chorują dęby - ich gałęzie uginają się od coraz bardziej pękatych żołędzi, a dziki i dziczki w lasach mogą się cieszyć - pożywienia nie braknie :)

Nieśmiało, tu i ówdzie pojawiają się już pojedyncze żółte liście, chłodniejsze poranki i wieczory przypominają, że lato nieubłagalnie zbliża się ku końcowi, że nadchodzi czas mglistych poranków, którego już tak bardzo nie mogę się doczekać. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to schyłek lata zaliczymy raz jeszcze w Sowim Śródziemiu i okolicach, zgłębiając tamtejsze tajemnice Aulego. I znów będzie temat do dysput przy pstrągu w “Pstrągu” :-)

A tymczasem kilka kadrów z lipcowo-sierpniowych odwiedzin.

Sowiogórski las podszyty miękką trawą:

Droga prowadząca z Bielawy do Przełęczy Woliborskiej:

Malowniczy, choć nieco grząski wąwóz w drodze do Przełęczy Woliborskiej, prawie jak legendarny parów w Starym Lesie, w który zabrnęli hobbici :-)

Wczoraj, raptem dwa tygodnie po Tolk Folku, w kameralnej grupce, odwiedziliśmy znów Sowiogórskie Śródziemie (nie wytrzymaliśmy długo). Nie był to co prawda ambitny wielokilometrowy rajd po górach, ale lekki spacer z Górnej Bielawy do Przełęczy Woliborskiej i z powrotem.

Choć zdecydowanie wolę góry jesienią, było pięknie - malownicze ścieżki, zielone świerkowe i bukowe lasy, łąki z miękką trawą - po raz kolejny odkryłam piękno sowiogórskich szlaków, a pstrąg w “Pstrągu” smakował jak zawsze wyśmienicie. Psy się wybiegały i wytaplały w okolicznych strumykach i mniej lub bardziej błotnistych kałużach, po czym szczęśliwie zmęczone, padły jak zabite w drodze powrotnej.

W aparacie na obróbkę czeka trochę zdjęć, które również tutaj się znajdą. A w duszy coraz silniej gra tęsknota za jesiennymi górskimi pejzażami. Na szczęście już niedługo - z każdym  dniem coraz mniej gorącego lata, a coraz bliżej do ulubionej pory roku.

« wstecz