6 - Epilog

IV Era

W niewielkim pomieszczeniu, skąpo oświetlonym kilkoma świecami panowała cisza. Zakłócał ją jedynie chrobot piszącego pióra oraz dobiegający zza okna monotonny szum potoku. Przy stole, zawalonym stosami pergaminów, siedziała pogrążona w pisaniu młoda, ciemnowłosa kobieta.

Płomień stojącej najbliżej świecy skurczył się i zaczął drgać. Kobieta przerwała pisanie i wstała, aby wymienić świecę na nową. Zanim wróciła do stołu, przystanęła przy oknie i popatrzyła na szumiący potok, który wytrwale toczył swe wody do Anduiny. Zza grzbietu gór wyłonił się sierp księżyca. Jego srebrzysta poświata, złagodzona przez delikatną mgłę, oświetliła niewielki wodospad oraz znajdujący się przy nim duży kamień, uformowany przez przyrodę tak, że stanowił wygodne miejsce do odpoczynku.

Przez dłuższą chwilę zapatrzyła się w mglisty pejzaż wdychając wilgotne, chłodne powietrze. Uśmiechnęła się i wróciła do stołu, zawalonego papierami. Kiedy ja to uporządkuję? – pomyślała, pocierając przecinającą czoło cienką bliznę. Od tamtej pamiętnej walki minęły już prawie dwa lata, a mimo to czuła czasami dotkliwe swędzenie w miejscu, którego sięgnął miecz napastnika.
Otrząsnęła się z nieprzyjemnego dreszczu na wracające co jakiś czas wspomnienie tamtego wieczoru. Za kilka dni czekała ją podróż do Minas Tirith i chciała zabrać przepisane i uporządkowane zapiski. Sporządzane były w pośpiechu, w skąpym świetle ogniska, z obawy, aby nie uronić żadnego szczegółu, drżącą ręką, chwilę wcześniej trzymającą jeszcze miecz. Popatrzyła krytycznym wzrokiem na własne, kanciaste, koślawe pismo i pogrążyła się w dalszej pracy.

***

Minas Tirith

Pochmurny, deszczowy dzień pomału dobiegał końca i nad okolicą zapadał wczesny zmierzch. Brandor, który akurat pełnił straż przy Bramie, ziewnął i z ulgą pomyślał o zbliżającym się końcu służby. Marzył teraz jedynie o tym, aby ściągnąć z siebie ciężką kolczugę i przemoczoną przeszywanicę oraz zaszyć się w ciepłej izbie z kubkiem grzanego wina w dłoni. Wilgoć wciskała się wszędzie lodowatym zimnem i żadna, nawet najcieplejsza odzież nie była w stanie przed nią ochronić. Miasto się wyludniło, mieszkańcy pochowali się w domach. Opustoszały również drogi prowadzące do Minas Tirith. Nic dziwnego, pomyślał Brandor. Trzeba być wyjątkowo zdeterminowanym, aby w taką pogodę podróżować. Spojrzał przed siebie na błotnisty gościniec. O, właśnie takim, jak ten ktoś, dodał w myślach, widząc zbliżającą się z oddali sylwetkę jeźdźca. Gdy przybysz zbliżył się, Brandor wydał z siebie mimowolnie westchnienie graniczące z jękiem.
O nie, to znowu ona…

Pojawiła się jakieś trzy miesiące temu na niewielkim dziedzińcu służącym za plac do ćwiczeń walki mieczem. Przyprowadził ją Eldacil, który zajmował się szkoleniem jednostki, w której służył Brandor. Siwowłosy szermierz słynął z tego, że po treningach z nim ciężko było wyjść o własnych siłach. A myśmy, głupcy myśleli, że mieliśmy ciężko – Brandor skrzywił się na wspomnienie tamtego dnia, kiedy nie był już w stanie unieść miecza do góry, aby się zasłonić przed szybkim uderzeniem wysokiej, szczupłej dziewczyny. Kiedy ledwo się trzymając na miękkich z wysiłku nogach, doszedł do swojej komnaty, nie był w stanie nawet ściągnąć z siebie kolczugi. Hańba, pomyślał. A ona… otarła z czoła pot i zwyczajnie poszła sobie do stajni po wierzchowca, pożegnawszy się uprzejmie z Eldacilem.

Od tamtej pory, zamiast spędzać wieczory w kantynie i przekrzykiwać się nad stołem zastawionym kuflami z piwem, ćwiczyli. Nie mieli innego wyjścia. A Eldacil tylko się uśmiechał z satysfakcją i tajemniczym wyrazem twarzy.
– Witaj Brandorze, widzę, że na ciebie spadł dziś przykry obowiązek służby. – Jej głos przerwał mu ponure rozmyślania. Spojrzał na nią. Pomimo deszczu nie miała na głowie kaptura płaszcza, najwyraźniej nie przejmując się pogodą.
– Witaj… Co cię sprowadza do Minas Tirith? – W jego pytaniu aż nadto wyraźna była niepewność, a w oczach niechęć.
– Tym razem nie treningi z wami. – Przybyszka uśmiechnęła się lekko, jakby czytając w jego myślach. – Przyjechałam, aby się spotkać z tutejszym głównym bibliotekarzem.
– Bibliotekarzem??? –  Brandor nie był w stanie ukryć zdziwienia.
– Tak. Mam do niego sprawę. Bardzo ważną. Czy to takie niezwykłe?
– Nie, skądże… Wiele osób odwiedza bibliotekę, sam również zaglądam tam od czasu do czasu – Brandor zmieszał się, bo zrozumiał, że tak naprawdę szuka nieudolnie sposobu na nawiązanie z nią rozmowy. Uświadomił sobie, że nie wie o niej praktycznie nic, poza mało mówiącymi pogłoskami, że współpracuje z badaczami historii i kronikarzami. Eldacil milczał jak zaklęty, a ona sama nie mówiła o sobie nic. Wszystko to, w połączeniu z poziomem jej umiejętności szermierczych, stanowiło jedną wielką zagadkę.
– To odwiedź ją w najbliższym czasie. Możliwe, że będzie trochę nowości do poczytania. – Z jej oczu zniknęły wesołe iskierki. – Tymczasem bywaj zdrów, muszę jechać.
– Będę pamiętał. Miłego pobytu w mieście. – Brandor lekko się skłonił i odetchnął z ulgą. Jeszcze nie teraz, jak dobrze, pomyślał.

***

W przestronnej, głównej komnacie biblioteki panowała cisza. Mithiel rozejrzała się po pustej sali w poszukiwaniu pozostawionych na stołach manuskryptów, aby je z powrotem umieścić na półkach we właściwych miejscach. Lubiła atmosferę biblioteki – zapach pergaminów i inkaustu, ciepłe światło świec. I panujący tutaj spokój, który sprawiał wrażenie, jakby czas płynął w tym miejscu wolniej niż wśród zgiełku miasta. Ona również czuła, że będąc głównym bibliotekarzem, wolniej się starzeje i mając lat pięćdziesiąt, ciągle jeszcze jest młoda duchem. I ciągle z niesłabnącym zapałem i pasją poznawała najbardziej fascynujące opowieści z całego Śródziemia, a od kilku tygodni czekała z niecierpliwością na kolejną.

Mithiel z niechęcią myślała o opuszczeniu biblioteki, nie znosiła bowiem panującej teraz pory roku, a już szczególnie deszczowych, zimnych dni. Głęboko podziwiała Eldacila, swojego męża, który bez względu na pogodową aurę, dzień w dzień ćwiczył z rekrutami. Od jakiegoś czasu pomagała mu w tym zaprzyjaźniona młoda wojowniczka. Uśmiechnęła się na wspomnienie ostatnich opowieści Eldacila o tym, jak to najbardziej  dumni i robiący najwięcej hałasu wokół siebie rekruci, po kilku treningowych walkach z tą spokojną, małomówną kobietą przekonali się, że wcale nie są tacy wspaniali. Na twarzy Mithiel zagościł wyraz dumy. Tak, tym chłopakom potrzebna była lekcja pokory i nikt inny nie mógł im jej lepiej udzielić.

W tej chwili rozległo się pukanie do drzwi i do biblioteki wszedł strażnik.
– Pani Mithiel, ma pani gościa. – To rzekłszy ukłonił się i wyszedł.
– Dobry wieczór, pani Mithiel. W końcu udało mi się dotrzeć. – Bibliotekarka usłyszała znajomy głos. Gdy ujrzała u wejścia wysoką, szczupłą postać, jej twarz rozpromienił szeroki uśmiech.
– Witaj!!! - Uścisnęła serdecznie przybyszkę. – Właśnie o tobie przed chwilą myślałam. Miałam już iść do domu, ale przy takiej pogodzie z przyjemnością jeszcze zostanę dłużej. Tym bardziej, że Eldacil jest na jakiejś naradzie dowódców. Usiądź, może napijesz się wina?
– Z chęcią, dziękuję bardzo. Już nawet mi ta zima zaczyna bokiem wychodzić. – Młoda kobieta ściągnęła mokry płaszcz i usiadła przy stole, kładąc na nim pokaźnych rozmiarów, szczelnie zamkniętą sakwę.
– Myślałam, że już całkiem przepadłaś tam… za Anduiną – Mithiel popatrzyła bystro na gościa.
– Przepraszam – odparła z poważnym wyrazem oczu. – Ale bardzo zależało mi, aby skończyć coś, nad czym pracowałam przez ostatnie miesiące. Również pomoc w szkoleniu rekrutów sporo czasu mi zajmuje.
– Nie przepraszaj, rozumiem cię. – Mithiel postawiła na stole butelkę czerwonego wina i dwa cynowe kubki. – Eldacil zresztą wiele mi opowiadał. Szkoda, że nie widziałam min tych nieszczęsnych chłopaków.
– Jeden z nich pełnił straż przy Bramie, jak przyjechałam. Nie wyglądał na zachwyconego moim pojawieniem się. – W oczach kobiety pojawiły się wesołe ogniki.
– Biedak, musiał się naprawdę zestresować. – Mithiel mrugnęła porozumiewawczo, nalewając do kubków wina, po czym usiadła przy stole. – No, twoje zdrowie. I za ukończone dzieło. – Uniosła kubek.
– Czy ukończone, tego nie jestem pewna. Ale zdrowiem nie pogardzę i z chęcią również wzniosę toast. Niech panią zdrowie również nie opuszcza, pani Mithiel.
I pana Eldacila również.

Mithiel popatrzyła na nią. Odwzajemniła spojrzenie, a jej oczy zdawały się wyrażać jednocześnie szczęście i smutek oraz radość i powagę. Przez chwilę panowała cisza.
– Powiedz… jak ci się żyje? – Mithiel przerwała milczenie.
– Czasami dni mijają szybko, innym razem wolniej. Bywa, że jest naprawdę ciężko. Na brak zajęć nie narzekam, ale i na brak szczęścia również.
– Cieszę się. Choć przyznam, że po zakończeniu tej całej sprawy z kradzieżą zabytków, którą tak pięknie rozpracowałaś, zdziwiona byłam twoją decyzją opuszczenia miasta. Miałaś tutaj wszystko. Nic, tylko zamieszkać. Eldacil mnie jednak uświadomił, że… – zawiesiła na chwilę głos, widząc pytający wzrok gościa – niektóre wydarzenia bynajmniej się nie skończyły…?
– Zależy, jak rozumieć zakończenie. Ale ma pani rację, pani Mithiel. Niektóre historie trwają i dzieją się nadal, choć kronikarze już dawno swymi piórami je zakończyli i zamknęli księgi w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. – Rozsznurowała sakwę, wyciągnęła z niej gruby plik gęsto zapisanych pergaminów i podała je starszej kobiecie. – Mam nadzieję, że wszystko jest czytelne.
Mithiel przebiegła wzrokiem zapisane stronice. W pewnym momencie znieruchomiała i spojrzała na gościa z wyrazem bezbrzeżnego zdumienia.
– Spisałaś… tą całą historię??? Jak to zrobiłaś?
Wojowniczka spojrzała jej w oczy, nie odpowiadając od razu.
– Po prostu, pisałam… – Potarła swędzącą bliznę na czole. – Wieczorem przy ognisku… w przerwie podczas wędrówki skalistą ścieżką… kiedy tylko był czas ku temu odpowiedni.
– Nie miałaś łatwego zadania. – Mithiel pokiwała głową. – Pozwolisz, że dam to kopistom do przepisania? Będę cię również prosić wtedy o sprawdzenie kopii.
– Oczywiście, nie ma problemu. Ale oryginał… niech zostanie w bibliotece. Jestem pewna, że zobaczy pani, dlaczego – dodała, widząc zdziwienie na twarzy Mithiel, po czym pomału wstała od stołu. – Nic to, czas na mnie. Bardzo dziękuję za wino, jest wyborne.
– Mam jeszcze zapas, proszę, weź ze sobą. – Mithiel wstała i wyciągnęła z szafki butelkę z ciemnego, grubego szkła.
– Dziękuję. Tradycji stało się zadość: nigdy nie wyszłam stąd z pustymi rękami. – Przybyszka się uśmiechnęła, a w jej oczach z powrotem zagościły charakterystyczne ogniki radości. – Nie omieszkam zajrzeć tu następnym razem. Nie, nie ze względu na wino – dodała ze śmiechem.
Mithiel również się roześmiała.
– A już chciałam ci wypomnieć. No nic, nie zatrzymuję cię już, spokojnej drogi życzę. Chyba, że zmieniłabyś zdanie. Zawsze jesteś mile widzianym gościem
w naszym domu.
– Rozważałam, czy nie zostać do jutra, ale przestało w końcu padać, poza tym księżyc jest teraz w pełni, więc będzie dość jasno. – Młoda kobieta zapięła płaszcz i zarzuciła na ramię sakwę.
– Rozumiem, że ci zależy na czasie. – Mithiel skinęła głową. – Bardzo, bardzo dziękuję za historię, którą ze sobą przywiozłaś.
– Ja też dziękuję. I do zobaczenia za niedługi czas.
– Do zobaczenia. Będziemy czekać z niecierpliwością. Rekruci zapewne też. – Mithiel mrugnęła żartobliwie i uściskała mocno gościa.

Gdy ciemnowłosa wojowniczka wyszła, Mithiel wróciła do stołu i wzięła w ręce pozostawiony przez nią stos gęsto zapisanych pergaminów. Były z jednej strony starannie zszyte grubą nicią, aby nie zginął żaden z arkuszy. Przekartkowała je, przyglądając się drobnemu charakterowi pisma autorki. Bez trudu dostrzegła, że w wielu miejscach przy pisaniu zadrżała jej ręka, w innych lekko pochyłe litery zdradzały zmęczenie dłoni trzymającej wcześniej miecz. Nie potrzebowała się wysilać, aby wyobrazić sobie te długie wieczory, w czasie których przenoszona była na papier jedna z wielu, zbyt wielu zapomnianych historii. Zważyła w rękach stos pergaminu, spojrzała na pierwszą stronę i… zamarła.

Widniał na niej tytuł opowieści, napisany jednakże zupełnie innym charakterem pisma.

Historia jednego człowieka

Litery były równe, duże i absolutnie doskonałe w swoim kształcie, z inicjałem wkomponowanym w delikatny, lecz surowy ornament, przedstawiający splecione ze sobą kolczaste łodygi nieznanej rośliny. Nigdy w swoim życiu, obcując na co dzień ze słowem pisanym, nie widziała tak pięknej kaligrafii. Tchnęła żywą, niemalże namacalną historią, która na jej oczach się splotła z teraźniejszością.
Przebiegła raz jeszcze wzrokiem tytuł. Stała tak jeszcze przez dobrą chwilę,
w ciszy biblioteki, w miękkim świetle świec i czuła przepełniającą jej serce wdzięczność i wzruszenie. Spojrzała przez okno, wychodzące na wschód.
– Dziękuję… za ten dar – powiedziała cicho z uśmiechem na twarzy.

Skomentuj