5 - Pojedynek

Nad położoną w dolinie osadą zaczął zapadać zmrok. Coraz chłodniejsze i krótsze dni zwiastowały rychłe nadejście jesieni. Czternastoletni Maelduin odłożył topór i ocierając pot z czoła spojrzał na piętrzący się stos porąbanego na drobne szczapy drewna. Na młodzieńczej twarzy rysował się smutek i powaga. Chłopiec nie był bowiem pewien, czy przeżyje wraz z rodziną najbliższą zimę. Tegoroczne zbiory zboża były wyjątkowo ubogie, bowiem susze na przemian z nawałnicami zniszczyły sporą część upraw. Krążyły pogłoski, że dzieje się tak za przyczyną potęgi władcy Czarnego Kraju.

Maelduin westchnął. Tęsknił do zabawy i radości. Tych jednak nie było w osadzie, w której mieszkał. Dojrzewał w atmosferze ciągłej troski o każdy następny dzień, a troska ta wraz ze smutkiem trwale wyryła się w jego spojrzeniu.

Spojrzał na drogę niknącą w mglistym i coraz gęstszym mroku. Już miał się odwrócić i pójść do domu, gdy w pewnym momencie wydało mu się, że w wieczornej ciszy słychać odgłos końskich kopyt. Zdziwił się, bowiem o tej porze nikt nie podróżował drogą, która dalej przez smutne pustkowia ciągnęła się na południowy zachód. Droga ta prowadziła prosto do kraju, którego złowroga nazwa – Mordor, wymawiana była szeptem i ze strachem.

Nie mylił się jednak. Odgłos kopyt był coraz głośniejszy, a niepokój w duszy Maelduina silniej niż zwykle dał znać o sobie, coś jednak kazało mu stać przy drodze i zaczekać, aż niespodziewany przybysz wyłoni się z mgły. Po chwili na szarym tle zmierzchu zamajaczyła sylwetka idącego stępa konia wraz z jeźdźcem. Gdy odległość jeszcze bardziej zmalała, Maelduin spostrzegł, że jeździec odznacza się wyjątkowo wysokim wzrostem i jest w pełni uzbrojony – spod obszernego czarnego płaszcza przebłyskiwała tu i ówdzie wypolerowana stal. Nie potrafił stwierdzić dlaczego, ale nie ruszył się z miejsca – stał jak skamieniały. Gdy jeździec zatrzymał się i, odrzuciwszy z głowy kaptur, spojrzał na niego, Maelduin poczuł, jak uginają się pod nim kolana. Nie był jednak pewien, czy ze strachu, czy też dlatego, że nigdy wcześniej nie widział takiej twarzy.

Nieznajomy nie nosił hełmu, a długie, gęste włosy koloru takiego samego jak stal, którą był okryty, przewiązane miał czarno-srebrną przepaską. Twarz o niezwykle regularnych i surowych rysach była blada, jakby uszły z niej wszelkie oznaki życia. Sprawiała wrażenie nieskończenie zimnej, a jednocześnie niemalże doskonałej, jakby wyrzeźbiono ją z najszlachetniejszego marmuru. Jednak tym, co najbardziej zwróciło uwagę Maelduina, były oczy nieznajomego. Ciemnoszare, przeszywające, wyzierał z nich jakiś odległy, niemal starożytny smutek i ból. To nie było zwykłe spojrzenie człowieka w podeszłym wieku, pełne mądrości i życiowych doświadczeń, ale kogoś, kto widział znacznie więcej. A Maelduin, patrząc w te niezwykłe oczy był pewien, że jego własne myśli nie są dla jeźdźca tajemnicą. Zacisnął dłonie w pięści, próbując opanować ich drżenie.
– Dokąd jedziesz, panie? – spytał, starając się nadać swemu głosowi jak najbardziej naturalne brzmienie. – Ta droga prowadzi tylko na bezludne pustkowia.
– A dalej? Dokąd? – Maelduin poczuł na plecach zimny dreszcz, słysząc głos nieznajomego. Spokojny, głęboki, a jednocześnie władczy – do tego stopnia, że zapragnął klęknąć przed nim.
– Dalej? Do kraju, gdzie każdego spotyka zguba. – Maelduin nie wiedział, kiedy to powiedział. I nie wiedział, kiedy opadł na kolana. – Panie, nie jedź tam, proszę. Zostań z nami. Bardzo potrzebujemy kogoś takiego, jak ty… – dodał bezradnie, jak gdyby szukając w nieznajomym ostatniego ratunku i wyczuwając w nim siłę, z jaką nigdy wcześniej się nie zetknął i w której teraz rozpaczliwie szukał oparcia.

Przybysz zsiadł z konia i podszedł do klęczącego przed nim chłopca. Maelduin spuścił głowę.
– Nie mogę. – Dłoń przybysza spoczęła na ramieniu Maelduina, po czym delikatnie przesunęła się po jego policzku i ujęła go pod brodą, zmuszając by podniósł wzrok. Chłopak zadrżał pod zimnym dotykiem.
– Kim jesteś, panie? – spytał nieśmiało, wpatrując się w jego oczy, w których widział jednocześnie ból, smutek, desperację, wolę walki i świadomość nieuchronnego wyroku losu.
– Kim jestem? To już nie ma znaczenia. Ty za to jesteś człowiekiem i pozostań nim, a odniesiesz swoje zwycięstwo bez względu na to, czy przeżyjesz najbliższą zimę. – Zimne, opancerzone palce nieznajomego dotknęły czoła i zanurzyły się w zmierzwionych włosach Maelduina, jak gdyby przybysz chciał zapamiętać jak najwięcej z tego, jak wygląda człowiek.

Chłopiec raz jeszcze spojrzał w przenikliwe oczy nieznajomego, a serce przepełnił mu żal, bowiem poczuł, że dla tego człowieka nie ma innej drogi niż ta, którą podąża.

***

– Żegnaj. – Blada twarz nieznajomego wykrzywiła się w grymasie bólu. Odwrócił się, dosiadł konia i odjechał, znikając w ciemności. Po chwili ucichł odgłos kopyt.
Ucichł również wiatr, a Maelduin poczuł, jak na twarzy osiadają mu drobniutkie kropelki mgły. Patrzył długo za nieznajomym, ten jednak nigdy już nie wrócił w te strony.

***

Jechał pomału przez lekko pofalowany, bezleśny teren, gęsto porośnięty trawami i kępami ostrokrzewu. Na południowo-zachodnim horyzoncie ciemniał łańcuch górski. Z każdą przebytą milą rósł, aż Númenorejczyk ujrzał, że nie jest to pojedynczy grzbiet, ale połączone ze sobą dwa pasma górskie, wypiętrzone ku pochmurnemu niebu. Jedno z nich ciągnęło się ku zachodowi, a drugie odchodziło od niego i ostrym łukiem wyginało się ku południu. Oba grzbiety wyglądały jak najeżony ostrymi graniami i niedostępnymi skalistymi szczytami mur, broniący dostępu do…

Númenorejczyk poczuł, jakby cały świat zamykał się tylko do tego jednego, otoczonego skalistymi grzbietami kraju. Wyraźniej niż wcześniej widział przed sobą drogę, która wiodła prosto do niego – zapraszała, aby postawić na niej kolejny krok. Wydawało mu się również, że pierścień obejmuje mu palec mocniej niż kiedykolwiek przedtem.

Od wielu dziesiątek lat nie potrzebował już snu. Kiedy jednak od czasu do czasu leżał z zamkniętymi oczami, widział niezwykle wyraźnie wszystko, co odeszło w przeszłość. Wspomnienia wydarzeń i przyjaciół. Widział swoich wojowników, Ariduiana ćwiczącego z nimi na dziedzińcu, ale nikt z nich nie widział jego. On sam stał z boku, a niewidzialna bariera nie pozwalała wyciągnąć ręki, dotknąć, ani poczuć ciepła słońca czy kropli deszczu na twarzy. Nieraz był w swojej kuźni, nie był jednak w stanie sięgnąć po młot, choć wszystkie narzędzia znajdowały się w zasięgu rąk.

Dałem ci siłę i potęgę. Uczynię cię jeszcze potężniejszym, kiedy do mnie przybędziesz. A przybędziesz, prędzej czy później. – Słowa te przebijały się co jakiś czas przez ciągle wyraziste i żywe wspomnienia utraconego człowieczeństwa.

Przybędziesz. I dowiesz się, kim naprawdę jesteś. I kim będziesz.

Usłyszał je znacznie silniej wtedy, kiedy poczuł pod palcami ciepło twarzy młodego mieszkańca jednej z ostatnich osad graniczących z pustkowiami i bezimiennymi stepami otaczającymi cel jego wędrówki. Wtedy też przez tą krótką chwilę zapragnął, aby człowiek również wyciągnął do niego dłoń. Poczuł również rozsadzający go od środka ból, kiedy tamten to uczynił, a on, pomimo tego bólu, objął go i przez dłuższą chwilę trzymał w ramionach. Tak, jakby przeczuwał, że czyni ten gest po raz ostatni.

Nie ostatni… – usłyszał gdzieś daleko głos Ariduiana. Głos urwał się jednak szybko, zagłuszony przez ten, który znacznie częściej gościł mu w myślach.

Przybędziesz i uwolnisz się od wszystkiego, co przynosi ci ból. Przybędziesz. Znasz drogę. Już od dawna nią podążasz.

Nie wiedział, czy to, co się działo, było teraźniejszością czy przeszłością. Wydawało mu się, że cały świat ogarnęła nieskończona noc, ciemna i bezksiężycowa. Widział tylko drogę przed sobą. Miał wrażenie, że gdzieś w otaczającej go ciemności słyszy głos Ariduiana. Obejrzał się i ujrzał go, stojącego samotnie, jakby w mroku korytarza twierdzy, która niegdyś była jego domem. Widok był tak realny, że wyciągnął rękę, pragnąc uściskać przyjaciela i w tym samym momencie sylwetka Ariduiana znikła, a zamiast niej pojawiła się postać najemnika leżącego ze skręconym karkiem na brukowanym, kamienistym dziedzińcu. Zdjęty przerażeniem, pogonił konia do galopu mając nadzieję, że pęd powietrza zamaże ukazujące się obrazy. Na próżno. Po chwili przed oczami pojawił się znajomy widok osady, którą mijał niedawno. Resztki domów trawił ogień, a ciała nielicznych mieszkańców leżały zapomniane na zawsze. Wstrzymał konia i zsiadł z niego, ale w tym momencie obraz rozpłynął się w ciemności. Númenorejczyk stał przez dłuższą chwilę, próbując przeniknąć ją wzrokiem. Raczej odruchowo niż w konkretnym celu sięgnął po miecz i przyjrzał się uważnie wypolerowanemu ostrzu, lśniącemu zimną poświatą i nie rozświetlającemu otaczającego go mroku.

I gdy tak się wpatrywał w miecz, wydało mu się, że na gładkiej powierzchni stali tańczy malutki ognik, jakby odbity płomień. Odwrócił się i uświadomił sobie, że stoi na jałowej, suchej ziemi, a w oddali widzi dogasające ognisko. Zapragnął tam pobiec. Poczuł nagle, że jest tam potrzebny, nie mógł jednak zrobić ani kroku, a wszechobecna i zniewalająca go cały czas siła nakazała mu schować miecz.

Póki ja jestem, twój miecz będzie służyć mnie. I dzięki mnie wzrośnie w siłę. Przybędziesz, aby mi się pokłonić.

– Nieee!!! – Z gardła Númenorejczyka wydobył się krzyk sprzeciwu. – To ty mi się pokłonisz!!! – rzucone w akcie ostatniego buntu słowa odbiły się od piętrzących się ze wszystkich stron skał.

Ciemność ustąpiła, nadal jednak panował półmrok.

I wtedy dotarło do niego, gdzie się znajduje. Stał przed wysoką bramą z litego żelaza, wkomponowaną w skalną ścianę tak, że wydawała się być jej naturalną częścią. Jednocześnie wyglądała, jakby wykuły i umieściły ją tutaj ręce niewyobrażalnie silnych olbrzymów z jakiegoś zapomnianego, potwornego świata. Pokryta była miejscami ciemnymi plamami rdzy, które wydały się Númenorejczykowi płatami zaschniętej krwi. Dalej, za bramą majaczyły kształty ogromnej, złowrogiej twierdzy, której najwyższe wieże ginęły w ciemnych, niskich chmurach spowijających niebo.

Mordor, zadźwięczało mu w głowie. I brama do zapomnianego świata.
Ciszę, jaka nastąpiła, gdy przebrzmiało echo słów rzuconych przez Númenorejczyka, przerwał nagle głęboki dźwięk werbli i bębnów. Pod nogami poczuł drżenie ziemi, a wokoło rozległ się dźwięk, jakby głęboko pod powierzchnią ziemi przetaczał się grzmot. Jedno skrzydło bramy drgnęło, choć Númenorejczyk nie dostrzegł, czyimi siłami je otwierano.

I wtedy zobaczył jego.

Zamiast podróżnego, zniszczonego ubioru, Annatar miał na sobie czarną zbroję. W miejsce drewnianego kija trzymał w ręku długi, błyszczący miecz. Nie miał hełmu. Te same, długie włosy barwy mithrilu swobodnie opadały na opancerzone ramiona i plecy. Númenorejczyk uświadomił sobie, że nie ma przed sobą człowieka ani elfa, ale kogoś znacznie potężniejszego.

I oczy.

To już nie było spojrzenie mędrca, przepełnione smutkiem i troską. To były oczy jedynego i najwyższego władcy Śródziemia. Władcy, który nigdy nie ścierpi ani rywala, ani nawet jednej niezależnej i wolnej myśli, który jest pewien swojego zwycięstwa.

I ta właśnie pewność zwycięstwa przebijała przez uśmiech, jaki na widok Númenorejczyka pojawił się na twarzy Annatara. Stojący przed bramą człowiek nie mógł tego wiedzieć, ale taki sam uśmiech ujrzał dawno temu Celebrimbor w ostatnich chwilach swojego życia.
– Cieszę się, że się znowu spotykamy, dostojny panie, choć nie ukrywam, że się zacząłem trochę niecierpliwić. Chciałbym jednak odwzajemnić twoją niegdysiejszą gościnę, gdy zdrożony długą wędrówką szukałem schronienia. Pójdź ze mną, panie, a porozmawiamy przy winie o wielu sprawach, które zapewne cię interesują.
– Nie. – Númenorejczyk wypowiedział to jedno słowo głosem twardym jak stal i równie zimnym.
– Nie? – W głosie Annatara zabrzmiało zdziwienie. – Szkoda. Miałem wielką nadzieję, że dasz mi szansę, aby się odwdzięczyć. Chciałem również puścić w zapomnienie ten sztylet, którym mi wtedy groziłeś.
– Jesteś mistrzem słowa, Annatarze. Czy równie mistrzowsko władasz mieczem?
– Rzucasz mi wyzwanie?
– Za Ariduiana.

Uśmiech zastygł na twarzy Annatara, gdy padło imię szermierza. Przez chwilę obaj w milczeniu mierzyli się wzrokiem.
– Co zrobisz, jeśli mnie pokonasz? Wiedz, że czy tego chcesz, czy nie, twoje istnienie zależy całkowicie ode mnie. Jesteś przekonany, że przybyłeś tutaj, aby pomścić przyjaciela? Nie. Przybyłeś z mojej woli. To ja cię tutaj wezwałem. I długo czekałem, aż twój mistrz przestanie mieć na ciebie wpływ.

O ile oczy Númenorejczyka były przedtem zimne jak stal, teraz stały się lodowate. Jego dłoń sama powędrowała do rękojeści miecza. Uderzenie wyprowadzone z szybkością błyskawicy przecięłoby na pół każdego. Ale nie Annatara. Ten równie szybko się zasłonił, jakby obrona przed morderczym atakiem nie sprawiła mu najmniejszego problemu.

Tak było jednak tylko na początku. Númenorejczyk nie czekał, aż Annatar zdobędzie przewagę, ale ciągłymi atakami zmuszał go do cofania się w kierunku litej żelaznej ściany bramy. Niemniej jednak był zaskoczony, bowiem jeszcze żaden z przeciwników nie wytrzymał z nim tak długiej walki. Szczęk stali rozdzierał ciszę ponurego pustkowia, a urwiste ściany skał stały niewzruszenie niczym milczący świadkowie walki człowieka z Majarem.

Annatar był niezwykle szybki i silny, jednak pomimo usilnych starań nie udało mu się przełamać ataków Númenorejskiego władcy, którego miecz już pozostawił kilka głębokich rys na czarnej zbroi. Númenorejczyk spostrzegł, jak w oczach przeciwnika zdziwienie ustępuje miejsca irytacji. Przy kolejnym ataku zaskoczył Annatara, skracając znacznie dystans, a mocnym wejściem i ściągnięciem w dół jego rąk wytrącił go z równowagi. Wkładając całą siłę ramienia i barku i zacisnąwszy dłoń na rękojeści miecza, uderzył głowicą prosto w nieosłoniętą twarz.

Annatar upadł na kolana. Z rozbitej twarzy pociekła krew, obficie plamiąc suchą i jałową szarą ziemię.

Krew tak prawdziwa i… tak ludzka.
– Widzisz, Annatarze – powiedział wolno Númenorejczyk stojąc nad pokonanym przeciwnikiem. – To zasługa twojego daru. Czyżbyś nie przewidział tego, że pod jego wpływem siła śmiertelnika może przerosnąć nawet twoją? Cokolwiek chciałeś osiągnąć, twój plan okazał się klęską.

Annatar zastygł w bezruchu, na kolanach. Twarz miał ukrytą w dłoniach.

– Przypomnę ci, że przybyłem tutaj, aby pomścić mojego przyjaciela i mistrza. – Mówiąc to, Númenorejczyk podniósł miecz. – I jeśli prawdą jest, że moje życie skończy się wraz z twoim, to z radością odejdę, bo dość mam już udręki na tym świecie. A radość moja będzie tym większa, że zapamiętam, jak mi się pokłoniłeś.

Już miał zadać ostatnie uderzenie, gdy Annatar nagle się podniósł i żelaznym chwytem zablokował ręce Númenorejczyka. Ten najpierw próbował je wyrwać, ale po chwili znieruchomiał ze zdumienia. Bowiem na twarzy Annatara nie było widać śladu po uderzeniu głowicą. Krwawiąca obficie rana znikła, a na pięknym i władczym obliczu zagościł znowu uśmiech. Uśmiech zwycięstwa. Tylko gdzieś głęboko w spojrzeniu kryła się wściekłość z powodu poniżenia, jakie go spotkało. On, jedyny i najwyższy władca ludzi, klęczał przed człowiekiem, pokonany jego orężem.
– Wiedziałem, że rzucisz mi wyzwanie – wycedził. – Muszę cię rozczarować. Poniosłeś klęskę. Pójdziesz ze mną, czy tego chcesz, czy nie, i zostaniesz moim sługą na wieczność.

Mówiąc to, patrzył prosto w twarz swojego przeciwnika. Númenorejczyk widział teraz przed sobą czerwone, pełne ognia źrenice, przewiercające go boleśnie na wylot.

Czerwone.

Po raz pierwszy od wielu setek lat ujrzał zapomniane dawno barwy. I tylko
w oczach Annatara.

A jego spojrzenie hipnotyzowało. Przed oczami zaczęły mu przebiegać szczegóły z życia, jednak wyszydzone i napiętnowane pogardą. Númenorejczyk szarpnął się mocno, próbując się uwolnić od trawiącego go ognistego wzroku. Czuł, jak wola jego przeciwnika bez najmniejszego problemu pokonuje resztki jego oporu, jak dociera do najgłębszych zakamarków jego umysłu i duszy. Im silniej próbował się opierać, tym boleśniej wdzierała się w jego myśli i pragnienia, bezlitośnie się nimi bawiąc i pozostawiając je wykrzywione i wyszydzone do tego stopnia, że Númenorejczyka zaczęła ogarniać coraz większa nienawiść do samego siebie. Ból stał się nie do zniesienia, zdawał się trwać wiecznie, przenikając całe jego pozbawione ciepła ciało.

Czuł jak ogarnia go beznadzieja i rozpacz, a wola jego przeciwnika sięga do samego jej dna.

To dopiero początek. Przekuję twą duszę wedle mojej woli. Każda twoja myśl będzie mieć we mnie swój początek i koniec.

Númenorejczyk zadrżał, uświadamiając sobie, kim się stał. Ariduianie, mistrzu mój, gdzie jesteś??? – rozpaczliwe wołanie o pomoc zdominowało na chwilę umysł Númenorejczyka. Wydało mu się, że przez otaczającą go gęstą mgłę dostrzega sylwetkę przyjaciela, jak ze skupieniem na twarzy i z uniesionym mieczem staje do treningowego pojedynku. Ten znajomy i zarazem upragniony widok sprawił, że człowiek resztkami sił i z wielkim wysiłkiem zamknął swe myśli przed wrogiem. Zadrżał jednak ponownie, gdy poczuł, jak wola Annatara próbuje dotknąć jego wspomnień ze spotkania z Maelduinem i brutalnie usiłuje wyszydzić ostatnie iskierki człowieczeństwa. Nie. Nie. Nie dostanie tego. Númenorejczyk poczuł, jak na chwilę wola Annatara osłabła, a w jego ognistych oczach zagościł wyraz zdumienia. Nie przewidział bowiem oporu ze strony człowieka w tym momencie. Númenorejczyk momentalnie wykorzystał odzyskaną na chwilę siłę i nadludzkim wysiłkiem spróbował uwolnić się z miażdżącego mu ramiona chwytu. Udało mu się wyswobodzić jedną rękę. Zacisnął ją w pięść i w akcie ostatniej desperackiej woli walki uderzył, celując prosto w znienawidzone oczy.

Trafił jednak w pustkę, albowiem Annatar błyskawicznym ruchem zdążył odchylić głowę w bok. Jego oczy rozbłysły jeszcze silniejszym ogniem i pojawiła się
w nich niehamowana już wściekłość. Złapał Númenorejczyka stalowym chwytem za gardło i z całej siły pchnął na ścianę. Odrzucił miecz, ściągnął rękawicę i przysunął zaciśniętą pięść przed oczy przeciwnika, który ujrzał na palcu Annatara złoty pierścień. Człowiek wpatrywał się w niego, niezdolny uczynić najmniejszego nawet ruchu. Świat wokół pociemniał. W panującym mroku oczy Annatara płonęły niczym ogień wprost z najgłębszych otchłani ziemi. Pierścień również zapłonął własnym ogniem, a wypełniające go płomienie układały się w regularne znaki tengwaru, idealne w każdym swoim szczególe. Migotały i przyciągały wzrok Númenorejczyka z nieodpartą siłą.

Ash nazg durbatuluk, ash nazg gimbatul, ash nazg thrakatuluk agh burzum-ishi krimpatul.

Człowiek padł na kolana.

Potężny i głęboki głos Annatara przebrzmiał wśród otaczającej, coraz gęstszej ciemności, lecz jego echo Númenorejski władca słyszał jeszcze długo. Słyszał, gdy na wpół przytomny, wyczerpany i zwyciężony przekraczał żelazną bramę. Słyszał, gdy wstąpił w cień twierdzy, której ogrom wydawał się przesłaniać cały świat. Słyszał przez najbliższe stulecia.

***
…agh burzum-ishi krimpatul.

Ostatnim słowom zaklęcia towarzyszył wstrząs ziemi oraz głuchy grzmot zatrzaskiwanej bramy Barad-dûr.

Skomentuj