4 - Zimno i ucieczka

Wiele lat później

Siedział wpatrzony w ogień, którego ciepła nie czuł. Nie widział odcieni czerwieni, żółci i błękitu, jakimi się mieniły płomienie. Co jakiś czas jego ciałem wstrząsały dreszcze zimna, które jednakże nie pochodziło z zewnątrz, ale ogarniało go od środka. Miał wrażenie, że w jego sercu z dnia na dzień rośnie twardy sopel lodu, którego nawet największe ciepło słonecznego, letniego dnia nie jest w stanie stopić.

Mimo to wciąż pamiętał niemal każdy dzień ze swojego życia, odkąd założył na palec dar Annatara. Twarze ludzi, których widział choćby przez chwilę – swoich wojowników, którzy walczyli i ginęli w bitwach, miał wyryte w pamięci tak wyraźnie, że potrafiłby je narysować. Pamiętał i ciągle czuł w sobie emocje, jakie towarzyszyły każdemu dniu, kolejnemu odkryciu i zwycięstwu. Nie stawały się wspomnieniem, jak odchodzące w przeszłość wydarzenia, ale ciągle pozostawały wyraziste, żywe i pełne barw, w przeciwieństwie do otaczającego go świata, który jawił się w jego oczach w widmowych odcieniach szarości. Widział go przez mgłę, która zimnymi obłokami snuła się tuż nad ziemią. Widok ten przerażał go i fascynował jednocześnie. Przerażał, ponieważ pamiętał świat z czasów, kiedy widział go w pełnych barwach i zdawał sobie sprawę, że jest on bezpowrotnie stracony. Gdy świadomość ta po raz kolejny zmroziła mu serce, zamknął oczy i sięgnął pamięcią w beztroskie, szczęśliwe lata.

***

Stał na wybrzeżu. Silny, lecz ciepły wiatr niósł ze sobą intensywny zapach soli. Za nim wznosiły się malownicze wzgórza porośnięte cyprysowymi zagajnikami oraz tu i ówdzie dziką winoroślą.
– Ojcze, czy ta wyspa przed nami to Númenor?
– Nie, to jest Tol Falas. Númenoru stąd nie ujrzymy. – W szarych oczach wysokiego mężczyzny pojawił się smutek.
Chłopiec uparcie wytężał wzrok, wpatrując się w dal, nie dostrzegł jednak ojczyzny, znanej tylko z opowieści ojca, a jedynie niewyraźną linię, gdzie mglisty horyzont spotykał się z bladym niebem.
– Chciałbym umieć widzieć dalej – rzekł bardziej do siebie, jednak jego ojciec usłyszał te słowa.
– Człowiek nie powinien patrzeć zbyt daleko przed siebie. – Położył mu dłoń na ramieniu. – Często to, co nas otacza najbliżej, jest warte uwagi i poświęcenia czasu, chociaż nie zawsze daje nam od razu odpowiedź na to, czego szukamy.

***

Pomimo płonącego ognia, wstrząsnął nim kolejny zimny dreszcz. Wstał i podszedł do okna. Był środek bezksiężycowej nocy, on jednak widział wyraźniej niż w ciągu dnia. Wszechobecna mgła nieco ustąpiła i świat stał się w jego oczach bardziej wyrazisty. Zacisnął kościste, blade dłonie na kamiennym, szorstkim murze. Gdy patrzył w ciemne niebo, wydało mu się, że gdzieś głęboko w myślach słyszy wzywający go głos. Z drugiej strony wraz z każdym samotnym tygodniem wzrastało w nim pragnienie opuszczenia tego kraju, który dzięki niemu stał się potęgą. Nie miał tu już przyjaciół, nikomu nie był też w stanie zaufać, a ludziom coraz trudniej było ukryć strach, jaki odczuwali na jego widok. Z litości dla nich przekazał władzę nad krajem doradcom, którzy pełnili jednocześnie funkcje namiestników, sam natomiast przygotowywał się do walki, którą pragnął stoczyć. Wrócił pamięcią do dnia, którego wspomnienie przez długi jeszcze czas miało wywoływać bolesny skurcz serca. Dnia, w którym zgasła ostatnia iskra nadziei. Dnia, po którym jedynym pragnieniem Númenorejczyka było ujrzeć Annatara. Lecz nie jako mędrca, dysponującego wiedzą i potęgą, ale pokonanego i na kolanach błagającego o łaskę i litość.

***

– Ariduianie, nie powinieneś – rzekł, wchodząc do namiotu i widząc, jak jego mistrz i przyjaciel ze skupieniem ostrzy miecz. – Nie tym razem. Mam złe przeczucia. – Zacisnął dłoń w pięść, próbując przezwyciężyć ogarniające go zimno.
– Mamy nad nimi przewagę. Przeżyliśmy o wiele cięższe starcia. – Ariduian przyjrzał się lśniącej głowni.
– Co do naszego zwycięstwa nie mam wątpliwości. To o ciebie się obawiam, mistrzu.
Szermierz podszedł i spojrzał mu prosto w oczy, a w jego spojrzeniu, oprócz niezmiennego spokoju i zamyślenia, tym razem dało się dostrzec smutek i obawę.
– Wiem, też się boję, że będzie to moja ostatnia walka. Ale przeczucia mówią mi, że muszę. Między innymi ze względu na ciebie, panie.
Númenorejczyk milczał przez dłuższą chwilę. Zacisnął dłonie na ramionach Ariduiana.
– Obiecaj mi, że będziemy walczyć ramię w ramię, obok siebie. Nie pozwolę ci zginąć.
– Obiecuję. – Na twarzy Ariduiana zagościł uśmiech.

Bitwa była od samego początku porażką dla najeźdźców. Númenorejczyk bez śladu zmęczenia śmiertelnymi uderzeniami pozbawiał życia kolejnych wrogich wojowników. Każdym, nawet najmniejszym ruchem, zdobywał nad nimi przewagę, przełamując od razu ich ataki i precyzyjnie trafiając sztychem w szczeliny zbroi. W jego oczach ruchy przeciwników były tak wolne, że bez trudu je wyprzedzał. Tamci się wykruszali, a zmęczenie dodatkowo odbierało im siły. Szczęk oręża, wyostrzone zmysły i smak zwycięstwa sprawiały, że czuł szczęście – tak jak dawniej, gdy dokonywał kolejnych odkryć. Wydawało mu się, że jednocześnie bierze udział w walce i obserwuje ją z boku, widząc siebie z radością na twarzy, odzianego w stal, która nie jest ciężarem.

W końcu stanął twarzą w twarz z dowódcą nieprzyjacielskiej armii. Tamten rozejrzał się wokół siebie, a widząc, że z walki ocalały ledwo dwie setki jego ludzi, otoczone przez ciężkozbrojną piechotę, rzucił swój miecz pod nogi númenorejskiemu władcy.
– Przysięgnij wierność mi i mojemu krajowi, a zawrzemy pokój i zyskasz we mnie sojusznika – rzekł spokojnie Númenorejczyk, przyglądając się badawczo pokonanemu dowódcy. Dostrzegł w jego oczach mieszankę szacunku, przestrachu i z trudem tłumionej nienawiści. Wódz wrogiej armii był znacznie niższy, lecz mocno zbudowany, a stalowa kolczuga podkreślała jego szerokie ramiona. Miał ciemną karnację, a grube rysy twarzy sugerowały, że pochodzi z któregoś z dalekich południowych krajów. Z niepokojem spoglądał na Númenorejczyka, ale napotkawszy jego spojrzenie szybko odwracał wzrok, rozglądając się wokół siebie, jakby szukając wsparcia. Spojrzał na swoich ludzi, a z ich zmęczonych twarzy wyczytał pragnienie natychmiastowego zakończenia wojny. Zauważył jednak, jak jeden z jego wojowników wpatruje się w towarzyszącego zwycięskiemu władcy szczupłego, siwowłosego mężczyznę o ciemnoszarych oczach i wyrazistych rysach twarzy, ściągającego właśnie wgnieciony w czasie walki naramiennik. Południowiec powolnym ruchem przyklęknął i ściągnął z głowy hełm.

Zachmurzyło się, powietrze było parne, a na zachodzie przetoczył się głuchy grzmot zbliżającej się burzy.
– Przysięgam, panie… – przywódca pokonanej armii zawiesił głos i w tym momencie Númenorejczyk złowił uchem świst przelatującego ostrza. Nie wierząc własnym oczom ujrzał, jak rzucony celnie sztylet wbija się w odsłonięte ramię Ariduiana i jak jego przyjaciel osuwa się na ziemię.
– Trzymać go! – Númenorejczyk krzyknął w stronę swych ciężkozbrojnych wojowników, którzy przydusili do ziemi skrytobójcę, sam tymczasem stalowym chwytem ścisnął gardło dowódcy.
– Powiesz mi wszystko, co wiesz, albo będziesz błagać o śmierć – rzekł zimnym głosem, po czym pchnął go w stronę swoich gwardzistów. – Przypilnujcie, aby się nie odważył nawet ruszyć.

Sam podbiegł do Ariduiana. Spojrzał na tkwiące głęboko w jego ciele ostrze sztyletu, strumień wypływającej krwi i zrozumiał, że nie uratuje przyjacielowi życia. Klęknął przy nim i uniósł jego głowę. Pod wpływem dotyku Ariduian odzyskał na chwilę przytomność i spojrzał na niego, z twarzą pobladłą od bólu.
– Odchodzę, panie.
– Bogowie tylko wiedzą, ile bym dał, aby być teraz na twoim miejscu.
– Nie znajdziesz tak szybko ukojenia w śmierci, panie. Twoje życie nie należy już… do ciebie. – Ariduian mówił w pośpiechu z wielkim wysiłkiem, przełykając krew i obawiając się, że nie zdąży powiedzieć wszystkiego. Sięgnął dłonią do rękojeści swojego miecza. – Proszę cię, panie, zatrzymaj go. Zamknąłeś w nim coś, co kiedyś, w dalekiej przyszłości może do ciebie wróci…
– Przechowam go, Ariduianie, aby kiedyś ci go oddać. – Númenorejczyk widział twarz przyjaciela przez łzy, które miały być ostatnimi, jakie uronił i których nikt poza jego mistrzem nie ujrzał.
– Nie mi… nie… – Ariduian po raz ostatni spojrzał na niego i lekko się uśmiechnął. Zaczerpnął tchu, jakby jeszcze chciał coś powiedzieć, ale jego oczy zaszły mgłą, a głowa zaciążyła w dłoniach przyjaciela.

Niebo przeszyła błyskawica, a w ślad za nią rozległ się grzmot. Wśród stojących wokół wojowników panowała jednak cisza. Númenorejczyk pomału podniósł się z kolan i podszedł do zabójcy Ariduiana, który unieruchomiony w żelaznym chwycie dwóch zbrojnych klęczał pochylony, z boleśnie wykręconymi ramionami. Władca stanął przed nim i mocnym szarpnięciem za włosy zmusił go do spojrzenia na siebie.
– Mów. Wszystko – powiedział cicho.

Na widok bezlitosnego spojrzenia oczu, które rozbłysły zimnym blaskiem oraz surowej, bladej twarzy Númenorejczyka zabójca skulił się ze strachu. Szczególnie, że zdał sobie sprawę z tego, co jeszcze dodatkowo go przeraziło. W przeciwieństwie do wszystkich wojowników, z których pot ściekał strumieniami w parnym powietrzu, twarz númenorejskiego władcy była całkowicie sucha.
– Kazano mi, p… panie – wykrztusił.
– Kto? On? – Władca wskazał na jego dowódcę, przyciśniętego do ziemi drzewcem włóczni.
– On… i jeszcze ten drugi, co przybył z daleka… Daruj panie, nie wiem, kim był! – Zabójca jeszcze bardziej pobladł ze strachu.
– Jak wyglądał? – spytał Númenorejczyk, choć z niepokojem uświadomił sobie, że zna odpowiedź.
– Wysoki… z długimi włosami, jakby były ze srebra. Panie, zabiją mnie! – W głosie człowieka dało się wyczuć strach, który go paraliżował od środka.
– Takimi? – Władca przysunął mu przed oczy głownię wykutego przez siebie miecza.
– Tak… – Zabójca wpatrywał się jak zahipnotyzowany w świecące srebrzysto-niebieskawym blaskiem warstewki mithrilu.
Númenorejczyk puścił go i podszedł do pojmanego dowódcy, który na jego widok zaczął się trząść ze strachu.
– Wstań. – Dowódca posłusznie podniósł się na kolana i stanął z wbitym w ziemię spojrzeniem. – Czy nazywał się Annatar?
– Tak się przedstawił, panie.
Nikt nie dostrzegł cienia bólu oczach Númenorejczyka. Zniknął tak szybko, jak się pojawił.

Wpatrywał się w milczeniu w jeńców. Powinienem ich zabić, pomyślał. Pragnienie zemsty tak go przez chwilę opanowało, że jego dłonie same zacisnęły się na rękojeści miecza. Im dłużej patrzył w przerażone twarze wrogów, tym wyraźniej widział, jacy są słabi i mali w porównaniu z jego potęgą. I z nim samym. Gdyby Annatar nie przybył do ich kraju, nigdy nie stanęliby do wojny ze mną – czy mam prawo pozbawić ich życia? Jednak część jego duszy, która nagle zaczęła coraz wyraźniej dawać o sobie znać, jeszcze raz pragnęła ujrzeć ich przerażenie.
– Obaj pójdziecie ze mną. A ty – zwrócił się do pojmanego dowódcy – wydasz swoim ludziom rozkaz powrotu. Niech się nie ważą po raz drugi postawić stopę na tej ziemi. Z tobą, Annatarze, też się jeszcze policzę, dodał w myślach. Nie był pewien, czy mu się tylko zdawało, czy rzeczywiście usłyszał w myślach daleki, szyderczy śmiech.

Rzęsisty deszcz, który się rozpadał, zmył przelaną krew oraz ostatnie krople łez Númenorejczyka.

Dwa dni później stał samotnie  na równinie obok twierdzy przy kurhanie, w którym spoczął Ariduian wraz z pozostałymi poległymi w bitwie. Wpatrywał się w porastające podnóża kurhanu niskie, kolczaste zarośla.
– Obyś zaznał spokój i szczęście tam, gdzie teraz jesteś, przyjacielu – powiedział cicho, a słowa te porwał w dal silny wschodni wiatr. Wydało mu się, że wraz z nimi opuściło go jeszcze coś, nie potrafił jednak tego w tym momencie określić.

Był późny wieczór, gdy wrócił do swojej komnaty. Przez resztę nocy pochłonięty był studiowaniem i uzupełnianiem własnych zapisków i notatek. Nie był jednak w stanie odpędzić myśli, które natrętnie go opanowały. Choć największym jego pragnieniem był widok Annatara, pokonanego orężem, który przez tyle lat nosił przy swoim boku Ariduian, to coraz bardziej jego myślom narzucała się wizja jakiejkolwiek walki, w której mógłby widzieć strach w oczach przeciwnika. Z przerażeniem zrozumiał, że wraz z Ariduianem umarła jego własna, dotąd niepokonana wola bycia człowiekiem.

Pragnienie walki nasilało się każdej bezsennej nocy, aż w końcu, w niebieskawym świetle księżyca Númenorejczyk stanął naprzeciw dwóch jeńców pojmanych po śmierci Ariduiana.
– Możecie sobie wywalczyć teraz wolność. – Jego miecz zalśnił w księżycowej poświacie.
Chwilę później dziedziniec rozbrzmiewał szczękiem oręża. Obaj przeciwnicy próbowali zajść Númenorejczyka z dwóch stron i jednocześnie go zaatakować. On jednak zdawał się przewidywać ich zamiary. Bez śladu zmęczenia odpierał ich kolejne ataki, coraz wyraźniej słysząc ich ciężki oddech i czując słabnącą siłę uderzeń.

W końcu jeden z nich, ten, który zabił Ariduiana, opuścił miecz w poczuciu kompletnej bezsilności i w tym momencie ujrzał przed oczami błysk ostrza. Zatrzymało się tuż przed jego twarzą.
– Walcz. – Zimny głos Númenorejczyka rozległ się głucho wśród murów okalających dziedziniec.
– Nie… mam… sił… – Mężczyzna osunął się na kolana i padł na twarz, wyczerpany.
Drugi z przeciwników, drżąc ze zmęczenia i strachu, rozpaczliwie próbował zbijać uderzenia, jakimi zasypał go Númenorejczyk. Widział zimny ogień w jego oczach i wiedział, że reszta jego życia zmieści się maksymalnie w kilku dźwiękach, jakie wydawały zderzające się ze sobą miecze. Udało mu się doliczyć do czterech. Piąte uderzenie rozbłysło oślepiającym błyskiem bólu, po którym nastąpił upragniony koniec.

Númenorejczyk podszedł do leżącego, półprzytomnego zabójcy Ariduiana. Szarpnięciem za ramię odwrócił go na plecy i zmusił do spojrzenia na siebie. Nie wypowiedział ani słowa, wpatrując się w pobladłą twarz przeciwnika i wyobrażając sobie, że już niedługo z takim samym strachem w oczach będzie na niego patrzeć Annatar. Po czasie, który dla niego był jedynie chwilą, a dla przerażonego przeciwnika wiecznością, mocnym chwytem złapał jego głowę i szybkim ruchem wykręcił w bok. Na jego twarzy zagościł zimny uśmiech, gdy usłyszał trzask pękającego kręgosłupa.

***

Odwrócił się od okna. Zacisnął dłoń na rękojeści miecza i przyjrzał się głowni, której czysty, srebrzysty błękit dobrze pamiętał i podziwiał kiedyś, przed wielu laty. Przycisnął miecz do piersi, szukając tej odrobiny ciepła ze wspomnień, które zrosły się tą bronią na stałe. Spojrzał na stół, zawalony księgami i pergaminami, które w samotności studiował przez ostatnie lata. Wziął grubą, gęsto zapisaną księgę, w której przez swoje długie życie spisywał wszystkie odkrycia, jakich dokonał oraz wiedzę, jaką posiadł.

Udał się do zbrojowni, aby na czarną przeszywanicę założyć własnoręcznie wykutą zbroję. Gdy przestraszony pomocnik zbrojmistrza zapinał mu kirys, doszedł do wniosku, że tak naprawdę bez zbroi pozbawiony jest części samego siebie. Czuł również, że okrywająca go stal zmniejsza uczucie ogarniającego go od środka zimna. Przypominała o radości, która zawsze ogarniała go w trakcie walki i koiła ból zbyt długiego trwania na tym świecie. Spojrzał na opancerzone dłonie i westchnął z ulgą, że nie widzi ich nagich, kościstych i bladych, od dawna pozbawionych ciepła.

Chcąc się jak najbardziej wtopić w nocną ciemność, założył obszerny, czarny płaszcz z kapturem. Zabrawszy księgę oraz kilka niezbędnych drobiazgów, udał się do stajni. Spojrzał na młodego chłopaka, który pomagał mu założyć zbroję.
– Zostań w spokoju i ciesz się swoim losem. Wielkie szczęście cię spotkało, że nie otrzymałeś daru, który miałby ci to szczęście przynieść – rzekł, kładąc mu dłoń na ramieniu. – Dziękuję ci za pomoc – dodał, po czym dosiadł wierzchowca, opuścił stajnię i zniknął w ciemności późnego wieczoru.

Chłopak jeszcze długo patrzył za nim i długo czuł na ramieniu chłód, jaki pozostał po uścisku ręki Númenorejczyka. Po policzku spłynęła mu słona łza.

Gdy odziany w stal i czerń Númenorejczyk wyjechał poza teren twierdzy oraz miasta, obejrzał się i ze smutkiem, w milczeniu pożegnał pogrążone w mroku mury, które dzięki niemu stały się jedną z najpiękniejszych budowli w tej części Śródziemia. Miał świadomość, że już nigdy ich nie ujrzy. Wiedział też, że podąża na spotkanie losu, który musi się dopełnić. Chciał jednak stawić mu czoła.

Skomentuj