3 - Zniewolenie i strach

Mijały kolejne lata. W kraju nie brakowało ludzi światłych, o wielkiej wiedzy. Życie kwitło radością i spokojem, a ludzie cieszyli się zdrowiem i świadomością bezpieczeństwa. Potęga wschodniego mocarstwa rosła. Surowa twierdza przeobraziła się w piękne miasto, jaśniejące bielą. Jego wielka armia była tak wyszkolona w wojennej sztuce, że żaden z sąsiednich krajów nie odważył się przeciwko niej wystąpić. Nade wszystko jednak krążyły legendy o niespotykanej wśród ludzi mądrości i wiedzy władcy tego niegdyś niewielkiego, lecz zawsze silnego kraju. Bardzo rzadko zdarzało się, aby człowiek był w jednej osobie władcą, wojownikiem i jednocześnie posiadał, wydawałoby się, nieskończoną wiedzę. Dzięki jego niezmordowanej pracy nauczono się przewidywać silne burze, wiatry i nawałnice, niejednokrotnie ocalając  zbiory zboża. W północnej części kraju, u podnóża niewysokiego pasma górskiego, odkryto złoża kruszców żelaza. Okazały się tak bogate, że uzbrojono dzięki nim całą armię, a i tak dużą część sprzedawano poza granice.

Númenorejski władca wytrwale dążył do uzyskania stali, z której wykuwana broń byłaby wytrzymała, lżejsza i nie rdzewiała tak łatwo, jak zwykła stal. Już wcześniej za jego panowania płatnerze opanowali metodę wielokrotnego skuwania ze sobą warstw stali o różnych własnościach. Ariduian nauczył się tej techniki od krasnoludów podczas swojej wędrówki przez Śródziemie i przekazał ją mistrzom płatnerstwa. Wykonano wtedy wiele niezwykle wytrzymałych mieczy, o pięknym, falistym wzorze widocznym na wypolerowanych ostrzach.

Sam władca, od wielu lat zafascynowany płatnerskim rzemiosłem, spędzał wiele czasu w kuźni, pracując intensywnie. Przy każdym uderzeniu młota w rozgrzaną do czerwoności stal miał wrażenie, że tajemniczym zmysłem widzi zmieniającą się strukturę kutego metalu. W takich chwilach radość mu wypełniała serce, a każdy dzień był dla niego pełen fascynujących odkryć i zachwytu pięknem stworzonej przez Aulëgo materii.

Aż nadeszła jesienna, mglista noc. Miasto pogrążone było we śnie, w kuźni jednak słychać było trzask płomieni w palenisku i od czasu do czasu szum miecha. A przy tym wszystkim miarowy, metaliczny odgłos młota uderzającego w rozgrzaną do czerwoności głownię.

Númenorejczyk pracował niezmordowanie już trzecią dobę z rzędu. Ramiona jego nie znały zmęczenia, myślał jasno i wiedział, co chce osiągnąć. W szarych oczach, wpatrzonych w stal, odbijał się blask paleniska. Głownia miała już kształt, jaki zamierzał jej nadać. Przez środek, na całej długości wyciągnął grań, kończąc ją tuż przed sztychem.

Czuł, jak z emocji serce bije mu szybciej niż zwykle. Dmuchnął w palenisko powietrzem z miecha, po czym umieścił w jasnoczerwonym żarze wykutą głownię. Gdy uznał, że moment jest odpowiedni, zdecydowanym ruchem zanurzył ją w roztworze wody z solą. W kuźni rozległ się głośny syk pary, który w zestawieniu z hukiem płomieni tworzył niepowtarzalną muzykę opanowanych przez człowieka żywiołów. Ogień i woda oddawały cześć najpiękniejszej z substancji, jaką Aule podarował Ardzie – żelazu.

Nie złoto ani klejnoty, ale właśnie żelazo będzie tym, z czego zasłynę ja i mój kraj. Żelazo jest jak ludzka dusza. Z pozoru bez blasku, ale trzeba czasu i ciężkiej pracy, aby go nabrało, pomyślał Númenorejczyk, ocierając pot z czoła.

Gdy woda przy zetknięciu z rozgrzaną stalą przestała wrzeć, Númenorejczyk wyciągnął głownię i wnikliwie się jej przyjrzał. Pozostała idealnie prosta. Pomimo niewypolerowanej powierzchni jego bystre oczy ujrzały to, czego oczekiwał. Uśmiechnął się lekko i z błyskiem fascynacji w oczach przyjrzał się cienkim, falistym warstewkom, połyskujących silniej niż zwykła stal. Po wielu tygodniach wytężonej pracy udało mu się skuć i zgrzać ze sobą żelazo i mithril – najdroższy
i najbardziej poszukiwany surowiec w Śródziemiu.

Wygasił żar w palenisku do ciemnoczerwonej barwy i umieścił w nim głownię. Kiedy osiągnęła temperaturę żaru, powtórnie zanurzył ją w roztworze wody z solą. Pozostało już tylko wykończenie miecza – naostrzenie, wypolerowanie oraz oprawienie. Wiedział już, jak wykona jelec i głowicę.

Wyszedł na zewnątrz, wdychając rześkie jesienne powietrze. Oparł się o mur
i spojrzał na wschód, gdzie czerwieniejące niebo zwiastowało rozpoczynający się kolejny dzień. Od dawna już każdy dzień witał w ten sam sposób i zawsze fascynował go ten widok – codziennie był inny i niepowtarzalny. I codziennie był promieniem nadziei, która czasami w dziwny sposób znikała wraz z zapadnięciem wieczornego zmroku, gdy świat w jego oczach zdawał się być pozbawiony barw, a zarazem bardziej wyrazisty. Widok ten napawał go niewytłumaczalnym lękiem, rozpraszanym dopiero przez bogactwo barw wschodzącego słońca.

Gdy pierwsze promienie rozświetliły horyzont, raz jeszcze, z zachwytem
w oczach, przyjrzał się własnoręcznie wykutej głowni. Mithrilowe warstewki odbijały światło i wydawało się, że miecz lśni swoim własnym blaskiem. Nie mogąc się doczekać końca, wrócił do pracy.

Minęła kolejna doba. Na dziedzińcu, skąpanym w porannym słońcu, Ariduian ćwiczył z młodymi rekrutami i czuł, jak wraz ze spływającym po plecach potem znikają wspomnienia nawracających nocnych koszmarów.
– Ariduianie! – Usłyszał głos swojego pana. Odwrócił się i ujrzał go, stojącego przy wejściu do swoich komnat. – Jak skończysz, przyjdź.
Ariduian kiwnął głową, po czym silnym uderzeniem z boku w ramiona swojego przeciwnika zmusił go do obrócenia się tyłem i przepłazował z szerokim uśmiechem, nim tamten zdążył się zorientować.
– Znowu się zagapiłeś. Gdy walczysz, nie może cię rozpraszać otoczenie – rzekł, ciągle się śmiejąc do chłopaka, który zaczerwienił się ze wstydu. – Zamiast się oblewać rumieńcem, skup się na treningu, a na pewno będzie lepiej – dodał.
– Dobrze, mistrzu – odparł młodzieniec niepewnym tonem.
Aż do południa na dziedzińcu rozlegał się brzęk treningowych mieczy. Ariduianowi serce rosło, gdy widział, jak jego podopieczni coraz swobodniej wykorzystują możliwości broni oraz całego ciała. Walka nabierała treści, bowiem każdy z nich zaczynał wierzyć w swoje umiejętności i rozumieć, że miecz jest tylko bezużytecznym narzędziem, jeśli nie stanowi przedłużenia ramion.

Zastał swojego pana w głównej komnacie twierdzy, będącej stałym miejscem spotkań, narad i dyskusji, ciągnących się często do późna w nocy. Stół jak zawsze, zawalony był gęsto zapisanymi pergaminami i mapami.
– Ariduianie, chciałbym ci coś pokazać. – Númenorejczyk z trudem zachowywał opanowanie. Oczy błyszczały mu specyficznym blaskiem, pojawiającym się za każdym razem, gdy odkrywał coś nowego.

Wyciągnął przed siebie trzymany przy boku miecz, w czarnej pochwie z misternymi, choć skromnymi zdobieniami wykonanymi ze srebra. Ariduian, zdumiony, wziął broń do ręki i wysunął ostrze. I zabrakło mu słów. Przez długą chwilę przyglądał się grze światła na cienkich, pofalowanych warstewkach stali i mithrilu. Mithril odbijał je znacznie silniej, lśniąc niczym nie zmąconym, bladym błękitem. Głownia była węższa i smuklejsza niż większość dotychczas wykuwanych. Biegnąca przez środek grań nadawała jej specyficzny, diamentowy przekrój. Miecz był lekki i doskonale wyważony – Ariduian trzymając go w rękach miał wrażenie, że broń sama domaga się walki, że w naturalny sposób staje się częścią ramienia władającego nią szermierza.

Jego wzrok spoczął na jelcu. Prosty i wąski, posiadał jedyną ozdobę w postaci delikatnie grawerowanego ornamentu, przypominającego kolczaste zarośla, gęsto porastające okoliczne górskie płaskowyże.
– Prawdę powiedziawszy, chcę ci go podarować – rzekł władca po dłuższej chwili.

Ariduian drgnął i spojrzał na niego z niedowierzaniem.
– Panie, to jest zbyt cenny dar, chociaż nie wypada mi odmówić jego przyjęcia. Dziękuję. – Szermierz skłonił głowę.
– Będzie ci służył wiernie. – Númenorejczyk lekko się uśmiechnął.

Ariduian jeszcze raz spojrzał na lśniącą zimnym, niebieskawym blaskiem głownię. I poczuł, jak coś mu ściska serce. Nie był to jednak strach, ale nadzieja, że cokolwiek się wydarzy, pragnienia i myśli, jakie jego pan z każdym uderzeniem młota włożył w wykutą głownię, przetrwają. Chwycił się tej wiary mocno, bo ujrzał światło w przyszłości, która w snach i w myślach wywoływała strach,
a w sercu cień.
– Nie tylko mi – odpowiedział cicho.
– Co masz na myśli? – Númenorejczyk zaskoczony spojrzał na mistrza.
– To tylko przeczucia, choć nie wiem, skąd się biorą. Wykujesz, panie, jeszcze wiele mieczy, ale tylko ten zwiąże twój los z wydarzeniami z przyszłości tak odległej, że nic nie potrafię o niej powiedzieć.
– Na razie związał z tobą, mistrzu. Oby na jak najdłuższy czas.
Ariduian skłonił się w milczeniu.

***

W komnacie o kamiennych ścianach i wysokim sklepieniu, przy stole zawalonym papierami i mapami siedział człowiek. Płonące świece rzucały na jego postać złotą poświatę. W ciemnoszarych oczach, oprócz wieloletnich trosk i doświadczeń, zamiast radości z osiągnięcia tego, co zdawało się niemożliwe, można było dostrzec cień strachu. Z każdym miesiącem, z każdym rokiem, dręczył go coraz większy niepokój – dopiero teraz, po upływie ponad wieku swoich rządów, zaczął rozumieć, co się z nim dzieje. Obok niego przemijały pokolenia. Przyjaciele, doradcy i wojownicy starzeli się. Ciemne niegdyś włosy Ariduiana prawie całkiem pokrył szron siwizny i zaczął mu dokuczać ból przeciążonych stawów.

On sam jednak trwał, jakby dla niego czas się zatrzymał. Początkowo tłumaczył sobie, że to dar długowieczności dany Númenorejczykom przez Valarów. Nie wiedział, co znaczą zmęczenie i choroby, nie czuł brzemienia starości, nie odczuwał potrzeby snu. Coraz lepiej jednak poznawał ból strachu i osamotnienia. Nasilał się on szczególnie w bezsenne noce, kiedy samotnie stał na szczycie wieży, wpatrując się w księżyc. Jego serce ogarniał chłód, nie znikający nawet w południowym słońcu, którego ciepło przestawał odczuwać. Wschody jawiły się jego oczom coraz bardziej blade i ubogie w kolory, które niegdyś podziwiał. Zapomnienie dawała mu tylko walka oraz widok uzbrojonych wojowników, dlatego często wyjeżdżał w rejony pogranicza.

Czuł znużenie życiem i pragnął odejść. Sen pożegnania z tym światem jednak nie nadchodził. Nie znajdował również śmierci na polu walki. Wrogów na sam jego widok ogarniał paniczny strach, a nieliczni śmiałkowie, którzy odważyli się stanąć do walki, zginęli od pierwszego ciosu miecza Númenorejczyka. Każda walka, choć zwycięska, była dla niego klęską – nie przynosiła upragnionego końca.
Zdał sobie w końcu sprawę, że jest we władaniu nieznanej, potężnej siły, ściśle związanej z pierścieniem, wykutym z białego złota.

Właśnie, pierścień. Nosił go na palcu cały czas i czuł bijącą od niego dziwną aurę. Czuł, że klejnot pomaga mu na każdym kroku, dzięki niemu widział świat jaśniej i potrafił znacznie szybciej przewidzieć rozwój wydarzeń. Pierścień dał mu olbrzymią przewagę, ułatwił dokonanie wielkich odkryć, które w przeciwnym wypadku długo jeszcze pozostałyby poza granicą ludzkiej mądrości. Przypomniał sobie, jak kiedyś, dawno temu, bywało, że trochę na przekór samemu sobie, a po części pod wpływem niepokoju Ariduiana, ściągał go z palca. Zawsze jednak, prędzej czy później nie mógł się oprzeć natrętnym myślom o klejnocie. Myśli te przechodziły w rosnący niepokój o niego i w efekcie Númenorejczyk zakładał znowu pierścień, a serce jego wypełniało uczucie ulgi i spokoju. Potem, z biegiem czasu rozstanie z klejnotem przychodziło coraz trudniej, aż w końcu sama jego wizja napełniała człowieka niemal przerażeniem. Pamiętał doskonale, gdy pewnego dnia na krótko ściągnął z palca pierścień i natychmiast poczuł się, jakby odarto go z odzienia, jakby stanął nagi przed całym światem i odsłonił przed nim wszystkie swoje myśli i plany. Odetchnął z ulgą, gdy obrączka z białego złota z powrotem znalazła się na jego palcu.
Annatar. Wydało mu się, że imię tajemniczego mędrca z Eregionu, który przybył przed laty i ofiarował pierścień, brzmi w jego duszy inaczej. Urosło i jakby mocniej manifestowało swą potęgę.  Pozbądź się go, pozbądź się pierścienia, podpowiadała mu jakaś część umysłu.

Władca spojrzał na klejnot, na osadzony w nim czarno-czerwony kamień i poczuł narastający bunt. Szybkim ruchem drugiej dłoni sięgnął z zamiarem ściągnięcia pierścienia z palca i w tej samej chwili cofnął rękę, czując wzbierającą fale strachu przed tym, co się z nim stanie, gdy się pozbędzie klejnotu. Na krótką chwilę ujrzał wizję, jak się błąka na granicy światów, nie należąc jednak do żadnego z nich, a od środka trawi go ból, tym silniejszy, im bardziej próbuje wrócić.

Zrozumiał, że się nie zdobędzie na odrzucenie pierścienia i przeraził się – był
w pułapce. Im bardziej próbował przeciwstawiać się zagadkowej potędze, tym silniej się z nią wiązał. Poprzez swoje życie wyjawił wszystko, co stanowiło istotę jego na wskroś ludzkiej natury – ambicje, pragnienia, uczucia, którymi darzył najbliższych.

Nie był jednak w stanie się pogodzić ze świadomością porażki. Cały czas tkwiła w nim nadzieja, że jego własna siła, wzmocniona przez wykuty w Eregionie pierścień, w końcu odniesie zwycięstwo. Ciągle wierzył w potęgę człowieczej fëa.

Pokonam go, nawet, jeśli będzie to ostatnia stoczona przeze mnie walka. Odnajdę go, choćby na drugim krańcu Śródziemia.

Stalowe oczy Númenorejczyka zapaliły się ogniem walki, gdy spojrzał przez okno na księżyc. Chwilę potem jednak zalśniły łzą smutku i bólu, a gardło ponownie ścisnął mu paraliżujący strach. Wschodząca tarcza, zamiast dawać czerwonawą poświatę, była całkowicie pozbawiona kolorów i świeciła bladym, bezbarwnym blaskiem.

Skomentuj