Rok później

Ariduian, głęboko zamyślony patrzył na zachód, nie zważając na silny, chłodny wiatr. Miał niejasne przeczucie, że echa wydarzeń, jakie się tam, daleko, rozegrały przed wiekami, jeszcze wrócą. Potrząsnął głową, chcąc odpędzić chmurne myśli, które silniej niż kiedyś ciążyły mu na sercu. Bezskutecznie. Cały czas przed oczami miał obraz smaganych lodowatym wiatrem murów twierdzy – tak bardzo znajomy, lecz odległy w przestrzeni i w czasie, którego Ariduian nie potrafił określić.
I od razu przychodził mu na myśl pierścień, który widział u swojego pana na palcu. Nieraz próbował przywołać w myślach głos rozsądku. Przecież ten klejnot stworzyli elfowie, wkładając w to cały swój kunszt i mądrość. Dlaczego więc tak uparcie towarzyszy wizjom z sennych koszmarów? Cień ogarnął serce Ariduiana i nawet radość z każdego ciężko przepracowanego dnia nie była w stanie go rozwiać. Wracał i zdawał się gęstnieć, pomimo że otaczający świat budził się zimowego snu, a dni były coraz dłuższe.

***

Pierwsze, dające ciepło promienie słońca coraz śmielej przełamywały dotkliwy chłód. Ariduian stał oparty o ciepły mur i przyglądał się toczącej się na dziedzińcu walce. Jeden z przeciwników silnymi uderzeniami próbował przełamać pozycję drugiego, tamten jednak błyskawicznie, płynnym ruchem, wyciągał miecz spod spodu i uderzał go w opuszczone przedramiona.
– Dlaczego uderzasz na oślep z całej siły? Przecież widzisz, że on tylko na to czeka i wykorzystuje z powodzeniem. – Ariduian spojrzał na siedemnastoletniego chłopaka, którego niewątpliwym atutem była siła ramion, wyglądem przypominających węzły na linach okrętowych.
– Próbuję zakończyć walkę pierwszym uderzeniem. Mówiłeś nam wielokrotnie, mistrzu, żeby uderzać najsilniej, jak tylko się da.
– Ale nie możesz tracić kontroli nad mieczem. To tak, jakbyś nie potrafił władać własnym ramieniem.
Młody człowiek zmarszczył brwi i pokiwał głową.
– Zostawiam was samych na jakiś czas. Gdy wrócę, chciałbym widzieć różnicę. – Tknięty niepokojącym przeczuciem Ariduian lekko się uśmiechnął do ćwiczących, po czym odwrócił się i szybkim krokiem, prawie biegnąc, dotarł do głównej sali twierdzy.
Zastał tam swojego pana, siedzącego z głową zwieszoną w dół, w stanie tak głębokiego zamyślenia, że nie zareagował na nawet na odgłos kroków Ariduiana. Obok, na stole rozłożone były mapy przygranicznych rejonów kraju.
– Panie?
Władca pomału podniósł głowę i Ariduian dostrzegł w jego pobladłej twarzy dziwny wyraz oczu – taki, jaki miewają czasami ludzie, uświadamiając sobie nagle odpowiedź na nurtujące od wielu lat pytanie.
– Oni zaatakują nas z południa. Jestem tego pewien. – W spojrzeniu Númenorejczyka ciągle widoczne było niedowierzanie, na przekór pewności i jasności myśli.
– Skąd wiesz o tym, panie? Nasi zwiadowcy nie donoszą, aby działo się tam cokolwiek podejrzanego.
– Nie umiem ci powiedzieć, Ariduianie. Po prostu jestem tego pewien. Jakbym widział na własne oczy nieprzyjaciela na południowych gościńcach. Nie mamy dużo czasu. – Stalowe oczy władcy rozbłysnęły niebezpiecznym ogniem.
Ariduian pomału skinął głową, po czym rzucił się w wir wojennych przygotowań.

***

Osiemnaście dni później

Nad stepową, lekko pofalowaną wyżyną zalegała cisza, zmącona jedynie powiewem wiatru, który przepędzał unoszący się nad polem bitwy zapach krwi, walki, strachu i śmierci. Na płaskowyżu, rozciągającym się na południe od stanowiącego granicę łańcucha górskiego, armia nieprzyjaciela została zmieciona w pył. Byli kompletnie zaskoczeni, gdy nagle spadł na nich grad strzał. Niedługo później uderzyły pędzące niczym stepowy wiatr konne oddziały uzbrojone we włócznie. Ich groty lśniły w promieniach wczesnowiosennego słońca. Od númenorejskiego władcy biły majestat i siła, a jego miecz siał taki postrach, że wróg uciekał w panice, tracąc prawie natychmiast wolę walki.
Zwycięstwo było miażdżące, a zagrażające wcześniej niebezpieczeństwo zostało na wiele lat zażegnane. Wojowniczy, półdziki lud zza wschodniej granicy poddał się i uznał zwierzchnictwo dostojnego Númenorejczyka.
Ten jednak stał pogrążony w smutku i w rozpaczy. Przed oczami miał ciągle obraz z ostatnich chwil bitwy, kiedy nieprzyjaciel w rozpaczliwej próbie obrony zmobilizował niedobitki łuczników. Chwilę potem zostali oni zmieceni przez ciężkozbrojną jazdę, ale Númenorejczyk złowił uchem złowrogi świst jednej ze strzał. Podążył za nim wzrokiem i ujrzał jakby w zwolnionym tempie, jak Ariduian przebił swoim mieczem dowódcę jednego z oddziałów wroga. Chwilę potem zabłąkana strzała przeszyła bark jego mistrza, a ten padł na ziemię.
– Ariduian!!! Nieee!!! – Númenorejczyk krzyknął i z ociekającym krwią mieczem w dłoni podbiegł do przyjaciela, który leżał nieprzytomny, z poszarzałą twarzą.
Płytki, nierówny oddech zdradzał, że jeszcze żył. Strzała przebiła ogniwa kolczugi i utkwiła w prawym barku tuż pod obojczykiem. Rana krwawiła obficie
i wydawało się, że godziny życia szermierza są policzone.

***

W palenisku leżał rozgrzany do czerwoności mały, o niezwykle cienkim ostrzu nóż oraz krótkie szczypce. Númenorejczyk, z twarzą przewiązaną białym jałowym płótnem, przez łzy, nad którymi nie potrafił zapanować, patrzył na tkwiącą w ramieniu Ariduiana strzałę zakończoną czerwonym piórem. Z gasnącą w sercu nadzieją podążył wzrokiem po promieniu wykonanym z ciemnego drewna i ku swemu zdziwieniu, jakby przez czerwoną mgłę, dostrzegł czarny grot, tkwiący głęboko wśród włókien mięśni. Zdumiony, zamknął i otworzył oczy, ale nadal przenikał wzrokiem zranione ciało przyjaciela.
Pewnym ruchem rozciął skórę po obu stronach wbitej strzały. Cały czas widząc wnętrze rany, szybko dotarł do miejsca, gdzie tkwił grot i odetchnął z ulgą. Strzała na szczęście nie przebiła płuc. Ariduiana uratowały twarde włókna mięśni, które, napięte w chwili, gdy dosięgła go nieprzyjacielska strzała, zakleszczyły jej grot.
Númenorejczyk szybko usunął strzałę, oczyścił ranę i, wiedziony dziwnym instynktem, zszył ze sobą tkanki. Po założeniu ostatniego szwu i opatrunku po raz kolejny spojrzał zdumiony – czerwona poświata, jaka towarzyszyła wcześniej zranionemu miejscu słabła, aż w końcu zupełnie znikła. Niedługo potem wyczuł pod palcami znacznie spokojniejszy i równomierny puls, choć Ariduian nadal jeszcze pogrążony był w głębokim śnie. Odetchnął z ulgą i wyszedł z namiotu.
Usiadł na skarpie, z której widać było coraz bardziej pogrążający się w zmroku krajobraz. Na wschodzie pomarańczowa tarcza księżyca wstawała nad horyzontem, otoczona miękką poświatą wśród cienkiej warstwy pierzastych chmur. Przeniósł wzrok w kierunku jednej z dolin rozciągających się u stóp płaskowyżu i nagle zdumiony wstał. Dostrzegł bowiem wstęgę potoku, którego powierzchnia połyskiwała w skrytej w ciemności dolinie.
– Na Valarów, jak to możliwe? – rzekł w ciemność.
I uświadomił sobie, że im dłużej wpatruje się w ciemną dolinę, tym więcej dostrzega szczegółów – kamieniste brzegi, czarne sylwetki świerków porastających zbocza. Zdawało mu się również, że słyszy w oddali szum potoku, który wytrwale toczył swoje wody daleko na południe. Zdjęty dziwnym niepokojem, zamknął oczy, a w ciemności ukazał mu się widok surowych, nagich wzgórz, rozciągających się wśród nocnej, bezksiężycowej ciemności. Z północy wiał lodowaty wiatr, niosąc ze sobą echo czegoś, co przenikało do głębi duszę Númenorejczyka i wywoływało jednocześnie strach oraz pragnienie jego przezwyciężenia.
Otworzył oczy. Doliny tonęły w mroku późnego wieczoru, ale bał się skupiać na nich spojrzenie i przenikać wzrokiem ciemności.
– Panie? – Z zamyślenia wyrwał go znajomy głos jednego z przybocznych gwardzistów.
– Słucham.
– Nie zechciałbyś choć trochę odpocząć? Nie spałeś, panie, od ponad czterech dni.
– Czterech? – Númenorejczyk, zdumiony, szybko przeliczył czas, jaki upłynął od ostatniego jego snu i po raz kolejny niepokój ścisnął mu serce. Spojrzał na młodego wojownika.
– Masz rację – odparł cichym głosem i uśmiechnął się, wstając. – Dziękuję ci za troskę – dodał, kładąc dłoń na ramieniu gwardzisty.
Udał się do swojego namiotu, sen jednak nie przychodził. Nie czuł śladu zmęczenia, choć w ciągu ostatnich dni przemierzył ze swoją armią wiele mil, stoczył bitwę oraz uleczył ranę Ariduiana. Co się ze mną dzieje? –  spytał sam siebie, po czym spojrzał na pierścień z białego złota, srebrzyście lśniący na palcu. Miał wrażenie, że czas dla niego płynie wolniej, a od bitwy nie minęło więcej niż kilka godzin.
Udało mu się w końcu osiągnąć stan, w którym bardziej błądził myślami na granicy jawy i snu, niż spał. Zdawało mu się, że samotnie wędruje na skalistym pustkowiu, a świat wokół niego jest blady i pozbawiony barw – tak, jakby był swoim własnym cieniem. Potem, w ciemności, gnał w jakimś szalonym wyścigu z czasem, odmierzanym miarowo i bezlitośnie przez tętent końskich kopyt. Okoliczne, zalesione wzgórza po obu stronach zarośniętej drogi jawiły się jako widmowe, szare zarysy.
Gdy otworzył oczy, do namiotu wpadało skąpe światło świtu. Pomimo, że się czuł wypoczęty, gdzieś na dnie duszy dręczył go niewyjaśniony niepokój. Udał się odwiedzić Ariduiana. Widok przytomnego, choć bladego, osłabionego walką i raną przyjaciela rozjaśnił mu serce. Długo rozmawiali o bitwie i zwycięstwie. Ariduian z głęboką ulgą odetchnął na wieść o oddaniu się pod władzę Númenorejczyka ludu, z którym wojny dotkliwie utrudniały osiągnięcie pokoju i bezpieczeństwa. Teraz władca z błyskiem fascynacji w oczach opowiadał o panicznej ucieczce wrogiej armii, nie wspominając jednak ani słowem o tym, w jaki sposób udało mu się usunąć strzałę z ciała przyjaciela. Przemilczał fakt, że Ariduian zawdzięcza życie zdolnościom, jakich nabrał dzięki pierścieniowi. Przez chwilę jego duszą znów targnęły wątpliwości.
Jeśli uratowałem go dzięki mocy pierścienia, który noszę, nie może być on pułapką, pomyślał.
Jednak to, co pierścień daje, napawa cię lękiem, odpowiadała jakaś część jego duszy.
Wszystko, co nieznane, powoduje strach. Pokonałem wroga. Wprowadziłem pokój w moim kraju, rozszerzyłem jego wpływy.
A co będzie, jeśli czas jeszcze bardziej zwolni dla ciebie swój bieg?
Będę mieć go więcej, aby posiąść wiedzę, aby sprawić, że mój kraj będzie największym mocarstwem na wschodzie Śródziemia.
– Zawsze czas był tym, czego mi brakowało. – Ostatnią myśl wypowiedział głośno.
– Zmieniłeś się, panie. – Ariduian podał mu kielich z winem.
– Dlaczego tak uważasz?
– Mam wrażenie, że chcesz zbudować tutaj drugi Eregion. A może drugi Númenor?
– Mój mistrzu, chcę zrobić wszystko, aby ten kraj był wspaniały i wielki, a ludzie w nim żyli wolni od trosk i strachu, aby byli dumni z tego, że są ludźmi. Czuję się silny jak nigdy dotąd, widząc ciebie żywego i moich wojowników pełnych radości ze zwycięstwa. Serce mówi mi jasno, że właśnie taki jest cel mojego życia. Czy może być coś piękniejszego niż podążanie w życiu za jego głosem?
– Rzadko kiedy droga do szczęścia jest nim usłana. A niekiedy szczęście widziane u jej końca jest tylko wizją, urojeniem, do którego się dąży i nigdy nie osiąga, coraz bardziej się w nim zatracając. Aż w pewnym momencie okazuje się, że nie ma z tej drogi odwrotu. – Ariduian umilkł, niejasno sobie uświadamiając, że te słowa są czymś więcej niż tylko jego własnymi przemyśleniami. Że brzmią jak przestroga.
– Nie wiem, którędy mnie los zaprowadzi i na jakie ścieżki wkroczę, chcąc tego lub nie. Nie pozwolę jednak, aby zatriumfował nade mną wróg. Choćby nie wiem, jak się starał zwieść mnie podstępem – spojrzał prosto w oczy Ariduiana – przechytrzy sam siebie, a zwycięzcą będę ja. Bywaj, Ariduianie i wracaj do zdrowia. Do zobaczenia niebawem. – Númenorejczyk odstawił pusty kielich i wyszedł.
Nie znał jednak wrogów, którym rzucił swoimi słowami wyzwanie. Nie wiedział również, jak bardzo był już uwikłany w wydarzenia, które miały dopiero nadejść.

Skomentuj