2 - Przez bramę tajemnic

Trzy lata później, północna część Gór Mglistych, dawny Angmar

– Ależ tu zimno. – Przysunęłam się bliżej do ogniska i szczelniej zawinęłam płaszczem. Niewiele to dało. Zimno się wciskało wszędzie, a ognisko, pomimo ciągłego dokładania drewna, sprawiało wrażenie, że nie ma najmniejszej ochoty dzielić się z nami ciepłem.
– Jesteś pewna, że zeszliśmy właściwym grzbietem? – Ankaôn przerwał na chwilę ostrzenie sztyletu.
– Tutaj ciężko jest być pewnym czegokolwiek. Jednak z mapy wynika, że grzbiet wiodący prosto do twierdzy jest wyraźnie niższy, a przez przełęcz przebiega uskok. I chyba pokrywało się to z prawdą. Poza tym ruiny Framsburga było widać w miejscu zgodnym z tym, co pokazywała mapa. Nawet rzekę było widać nieopodal. Zakładam, że to Langwell.

Z uśmiechem wspomniałam zestaw niewybrednych przekleństw rzuconych dzisiejszego ranka przez mojego towarzysza, który o mało co nie zjechał na tej części ciała, gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę, po zdruzgotanych, kruszących się łupkach, śliskich od wody płynącej z licznych, małych źródeł szczelinowych. Ścieżka, którą szliśmy, wiodła nieco poniżej grani i wykorzystywała w dużym stopniu powierzchnie warstw skalnych. Gdy już udało się pokonać najbardziej uciążliwy jej odcinek, wczesnym popołudniem załamała się pogoda i byliśmy zmuszeni szukać schronienia na szerokiej skalnej półce. Była ona na szczęście osłonięta od wiatru, który niestrudzenie przeganiał po zboczach tumany ciężkich, ołowianoszarych chmur. I tak oto zmęczeni, zmarznięci i trawieni niepewnością, próbowaliśmy się ogrzać każdą odrobina ciepła z ogniska, które chyba cudem się udało w tym miejscu rozpalić. Chłód, potęgowany przez wszechobecną wilgoć, przenikał nasze wełniane bluzy i płaszcze.

– Nawet, jeżeli wybraliśmy właściwą drogę, mam wątpliwości, czy będziemy w stanie dotrzeć nią do twierdzy… – Ankaôn utkwił wzrok w ogniu, który pomału zaczął już gasnąć. Spod kaptura wystawały mu wilgotne od mgły kosmyki włosów.
– Uda się, Ankaônie. – Dołożyłam do ogniska ostatnią porcję chrustu. – Przecież niegdyś był to uczęszczany szlak.
– Ech… szkoda, że się nie da pokonać tamtego urwiska… zaoszczędzilibyśmy więcej czasu i nie musielibyśmy się męczyć przez kawał Gór Mglistych. – Mój towarzysz nie należał do zwolenników tego typu wędrówek, preferując wygrzewanie się na wygodnych wykopaliskach na nizinach. Pomimo to w ciągu wielu lat współpracy stał się moją bratnią duszą i najbliższym przyjacielem, dzieląc wraz ze mną pasję zgłębiania dziejów Śródziemia. Był archeologicznym geniuszem z wielką wyobraźnią, która wszakże nie zakłócała logicznego toku myślenia, lecz nadawała mu nieschematyczne tory, co w efekcie przynosiło wielką radość z rozwiązania kolejnych zagadek przeszłości.
– Ankaônie, nie narzekaj. Zapomniałeś już o widoku na dolinę Anduiny? – Uśmiechnęłam się, przypominając sobie powiększone do rozmiarów sporych monet oczy przyjaciela, gdy z przełęczy pod górą Gundabad ujrzał najdłuższą w Śródziemiu rzekę, a na jej drugim brzegu rozciągającą się aż pod horyzont Mroczną Puszczę.
– Nie zapomniałem. No dobrze… po prostu moja niecierpliwość wynika z ciekawości. Bardzo chciałbym zobaczyć w końcu zapomnianą twierdzę.
Spojrzałam w stronę niknącego w ciemności grzbietu, czując gdzieś głęboko w sercu niepokój. Ostrzeżenie?
– Nie jestem pewna, czy jest ona zapomniana przez wszystkich – odparłam.
– Ja też. Ale mimo wszystko mam nadzieję, że kłopoty, w jakie się pakujemy, nie przerosną nas. – Zaraźliwy optymizm towarzysza dodał mi otuchy, ale nie wypędził całkowicie lęku z mojego serca.
– Też mam taką nadzieję, Ankaônie… szczególnie, jeżeli staniemy naprzeciwko nim wyspani i wypoczęci. Jutro powinniśmy dojść do celu, o ile pogoda nas nie zatrzyma. Dobranoc. – To powiedziawszy, ułożyłam się do snu, szczelnie przykrywając się płaszczem.
– Dobrych snów – odparł i ziewnął szeroko, po czym również położył się i po chwili usłyszałam jego równy, spokojny oddech.

Zanim zasnęłam, przez krótki czas błądziłam myślami w przeszłości, gładząc palcami zdobiony kolczastymi ornamentami roślinnymi jelec miecza, który prawie trzy lata temu podarował mi najpotężniejszy z Úlairich. Przez cały czas zadawałam sobie pytania: dlaczego? Jak to się stało, że go spotkałam? Przecież była bitwa na polach Pelennoru… I wszystko opisano w kronikach… Dlaczego??? I czemu akurat ja? Co tak naprawdę wtedy się wydarzyło? Pytaniom nie było końca.

Nie mogłam się również wyzbyć nawiedzającego mnie często uczucia, że Czarnoksiężnik w swoich myślach również wspomina tamten jesienny wieczór w Imlad Morgul. Po tym najbardziej niezwykłym w moim życiu spotkaniu niemalże bez reszty oddałam się zgłębianiu dziejów Trzeciej Ery, a obecnym celem naszej wyprawy było zbadanie ruin twierdzy Carn Dûm, byłej siedziby władcy Angmaru.

***

– Interesuje mnie wszystko – układ korytarzy i pomieszczeń, znaki na ścianach, każde znalezisko. Zbadajcie ruiny, sporządźcie mapy i szkice. Potem… – wysoki, siwy mężczyzna wsparł się na zawalonym pergaminami stole i spojrzał na nas, mrużąc nieznacznie oczy - będziemy kontynuować prace. Tymczasem zwalniam was z prac na wykopaliskach pod miastem.
W niewielkim pomieszczeniu na tyłach Biblioteki w Minas Tirith zapadła cisza. Spojrzałam przez okno na błękitne niebo. Na usta cisnęły mi się słowa sprzeciwu, ale wyraz twarzy starego archeologa był nieprzejednany. Westchnęłam w duchu.
– Wyruszymy tak, aby dotrzeć tam na początku lata. W północnej części Gór Mglistych jest ono krótkie. – To rzekłszy, Ankaôn zaczął pakować swoje przybory do pisania.
– W porządku. Owocnej podróży zatem i do zobaczenia po waszym powrocie. – Mężczyzna lekko się uśmiechnął, zauważyłam jednak, że uśmiech nie objął jego oczu. Coś tu nie gra, pomyślałam, wychodząc z Biblioteki. Gdy szliśmy ciasną uliczką w stronę gospody, odezwałam się:
– Z tego, co wiem, to angmarskie lato nie jest aż tak krótkie, aby nie można było dotrzeć tam trochę później.
– To właśnie też miałem na myśli, rozmawiając z nim. Tymczasem udajmy, że się spieszymy, aby nie stracić czasu – powiedział cicho Ankaôn. – Mówiłaś niedawno, że się stęskniłaś za Bree. Ja też. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Skoro już mamy wolne, to skorzystajmy. Poczciwy Butterbur się ucieszy.
Szliśmy jakiś czas w milczeniu wąską, kamienną uliczką Białego Miasta. Rozważałam raz jeszcze rozmowę w Bibliotece i w pewnym momencie zatrzymałam się.
– Ankaônie… on przecież o niczym nie wie. Nie wie o tym, że byłam w Imlad Morgul.
– Raczej nie, bo skąd? Chociaż… może widział cię ktoś, jak dotarłaś do Rozstaja i mu o tym doniósł. Ten człowiek jest dziwny, sprawia wrażenie, jakby lubił gromadzić informacje o wszystkich, z którymi jakkolwiek współpracuje.
– Na drodze do Rozstaja nikt mnie nie widział. Ale jeśli wypytał ludzi zamieszkujących Pelennor, to mógł nie uwierzyć, gdy powiedzieli mu, że się wybrałam odwiedzić Ithilien. Nie wydaje ci się to dziwne? Miecz, który noszę, Imlad Morgul i Carn Dûm łączy jedna osoba. Oboje wiemy, kto. Może jest to zbieg okoliczności, ale może ów opiekun wykopalisk coś zwęszył? Pamiętam jego reakcję na widok miecza. Czegoś mi tutaj brakuje. Mam wrażenie, że ten typ próbuje się posłużyć nami dla własnego celu. Wie o czymś, o czym my nie wiemy.
– Ale nie wie o KIMŚ, o kim my wiemy, prawda? – Ankaônowi rozbłysły oczy. – „Przez setki lat żaden człowiek tutaj nie przybył.” Byłaś tam pierwszym i jestem pewien, że jedynym człowiekiem, który w tej erze udał
się tam własnej woli.  A swoją drogą bardzo nisko nas ceni, skoro uważa, że ślepo i posłusznie wypełnimy jego zadanie. Niezmiernie zadziwia mnie ignorancja co niektórych – pokręcił głową z wyrazem niesmaku na twarzy. – Chodźmy, zajrzymy do „Latarników”. Podobno sprowadzili nowe piwo. „Złoto Linhiru”.
– Nowy chmielowy kruszec? Czemu nie? – Uśmiechnęłam się i szybkim krokiem ruszyliśmy w stronę gospody.

***

I tak, wspominając ostatnie dni przed wyruszeniem w podróż i patrząc w ciemne niebo nie wiedziałam, czy zatęskniłam za gwarem Białego Miasta, czy raczej za świadomością bliskości doliny, do której zagnał mnie los. W głowie brzmiały mi słowa Czarnoksiężnika: „Przez setki lat żaden człowiek tutaj nie przybył.” Nikt. To jest naprawdę zapomniana dolina. Na Valarów, niech taką pozostanie jeszcze długo, pomyślałam, zastanawiając się, czy kiedykolwiek jeszcze przyjdzie mi tam zawędrować.

Ranek następnego dnia przyniósł znaczną poprawę pogody. Wiatr dmuchnął ze wschodu i przepędził niskie chmury, odsłaniając ciągnący się w kierunku zachodnim łańcuch górski, na końcu widać było masywny kształt przypominający potężną wieżę, a obok ruiny murów obronnych. W przebijających się coraz bardziej promieniach słońca odznaczały się głęboką, czerwoną barwą, a wiodąca grzbietem kamienista droga zachęcała aby nią iść. Biegła łagodnie, omijając łagodnym trawersem co bardziej strome wzniesienia.

W pobliże Carn Dûm dotarliśmy dopiero pod wieczór po długiej, męczącej wędrówce. Wokół panowała cisza, zmącona jedynie przez szum wiatru pośród ponurych murów, zbudowanych z grubych i masywnych bloków czerwonego piaskowca. Wiodąca do twierdzy droga znikała za zniszczonymi murami obronnymi. Za nimi widać było masywną czworoboczną wieżę. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy zacząć pracę od następnego ranka – zmęczenie dawało znać o sobie, poza tym zaczęło się robić ciemno. W milczeniu zbieraliśmy chrust w postaci gałęzi zwiędłych krzewinek i kosodrzewiny, porastającej tu i ówdzie zbocza. Oboje wyczuwaliśmy smutną atmosferę tego miejsca, a dręczący mnie niepokój stawał się coraz bardziej uporczywy. Później, przy ognisku również rozmowa się nie kleiła. Zarówno ja, jak i mój towarzysz pogrążeni byliśmy we własnych myślach.
– Ale tu ponuro – rzekł Ankaôn, siedząc znużony ze zwieszoną głową.
Jakby na potwierdzenie jego słów w pobliżu zaskrzeczał kruk. Po chwili usłyszeliśmy go po raz drugi, ale z oddali. A potem znów zapadła cisza, zakłócana jedynie przez trzaskające ognisko.
– Prawdę mówiąc, wcale nie mam ochoty wchodzić do środka. Ale… nie zrezygnujemy przecież. Nie teraz, kiedy dotarliśmy do celu.
– Nie, nie możemy. Poza tym… nie myślmy o tym teraz – podałam Ankaônowi kawał suszonego mięsa i położyłam się na kawałku ziemi porośniętej pożółkłą trawą i zwiędłymi wrzosami. Aby się odizolować od przygnębiającej atmosfery otoczenia, nasunęłam na głowę kaptur i po chwili zasnęłam niespokojnym, płytkim snem.

Następnego dnia już o wschodzie słońca stanęliśmy pod twierdzą. Przez zniszczoną bramę weszliśmy na otoczony murami, rozległy dziedziniec. Przeszliśmy przez niego, decydując się rozpocząć eksplorację twierdzy od głównej wieży. Prowadziło do niej jedno tylko wejście – wysoka, masywna brama, z resztkami przeżartych rdzą żelaznych odrzwi i krat.

Zapaliliśmy pochodnie. Wolnym krokiem szliśmy przez łukowo sklepiony korytarz, by skręcić w prawo i zacząć wspinać się po szerokich, kamiennych schodach. Odgłos naszych kroków odbijał się głuchym echem w pogrążonych w ciszy korytarzach. W końcu doszliśmy na samą górę. Na wprost znajdowało się wejście do komnaty. Przez niewielkie okno wpadały do środka promienie słoneczne. W najciemniejszym jej kącie było widać dwa niewysokie stopnie, a w ścianie za nimi tkwiła, jakby wmurowana w nią, prostokątna żelazna płyta. Po obu jej stronach znajdowały się jeszcze uchwyty na pochodnie. Zarówno płyta, jak i uchwyty pokryte były grubą i kruchą warstwą rdzy. Jednak, gdy przyjrzałam się bliżej płycie, zauważyłam na jej powierzchni ślady po kutych, ozdobnych, choć surowych ornamentach.
– Chyba oboje wiemy, gdzie jesteśmy. – Cichy głos Ankaôna wytrącił mnie z zamyślenia. – To miejsce wygląda na osobistą komnatę władcy Angmaru.
– Chyba masz rację. – Rozejrzałam się po przestronnym pomieszczeniu, podeszłam do wąskiego okna, z którego widać było zniszczony dziedziniec i mury twierdzy. – Pusto tu. Powinniśmy chyba poszukać innego wejścia, może się da wejść do podziemi?
Ankaôn zamyślił się.
– A może wejście jest w tej komnacie? – mówiąc to, patrzył na intrygującą żelazną płytę, przypominającą porzuconą i zapomnianą płaskorzeźbę.
– Dziwne by było, gdyby do tej komnaty prowadził tylko jeden korytarz, którym tutaj przyszliśmy. Zaczekaj… – podeszłam do okna i wyjrzałam przez nie, przyglądając się widocznemu z lewej strony murowi wieży. Ciągnął się zdecydowanie dalej niż wynikało to z długości komnaty, zakończonej surową kamienną ścianą. – Masz rację. Za tą ścianą musi coś być.

Wyciągnęłam z plecaka dwie zapasowe pochodnie, umieściłam w żelaznych uchwytach i zapaliłam, po czym zeszłam na dół i stanęłam przed oświetlonym podwyższeniem. Komnata rozjaśniała czerwonawym światłem, płomienie tańczyły na ścianach. Poczułam przyspieszone bicie serca. Zamknęłam oczy, a w wyobraźni ujrzałam wysoką postać, skrytą pod długim czarnym płaszczem. Władca Angmaru wyciągnął rękę w kierunku płonącej pochodni, usłyszałam słowa wypowiadane w nieznanym mi języku i pochodnie zgasły. Przez okno wpadała blada poświata księżyca. Usłyszałam szczęk miecza wyciąganego z pochwy miecza i znów słowa, których nie rozumiałam i głuchy metaliczny zgrzyt, po czym postać Czarnoksiężnika znikła.

Otworzyłam oczy, jednak realizm obrazu, jaki ukazał się w mojej wyobraźni, był tak duży, że poczułam, jak uginają się pode mną kolana. Jak w tamten upalny dzień, gdy odnalazłam twój miecz. Westchnęłam, otarłam z czoła zimne krople potu i powtórzyłam przyjacielowi, co ujrzałam.
– Coś mi się zdaje, że mamy względy u kogoś najlepiej znającego się na rzeczy.
– Nie potrafię jednak powtórzyć słów, jakie wypowiedział. To nie był adunaik.
– Może nie są one niezbędne, aby otworzyć przejście? Popatrzmy z bliska, może jakimś tajemniczym sposobem uda się nam to zrobić – mówiąc to, umieścił pochodnię w żelaznym uchwycie.

Podeszłam do ściany, przyglądając się jej dokładnie, naciskając każdy kamień w nadziei, że zadziała jakiś ukryty mechanizm. Sprawdzałam każdą rysę i szczelinę – wszystkie wyglądały na zupełnie przypadkowe i utworzone w sposób naturalny, a masywna płyta ciągle pozostawała niewzruszona, milcząco skrywając domniemane tajemnice.

Ankaôn tymczasem systematycznie, cal po calu badał ścianę po drugiej stronie, delikatnie sprawdzając sztyletem głębokość szczelin. Po godzinie bezskutecznych wysiłków schował sztylet i usiadł na kamiennej podłodze, krzyżując nogi.

– Nic z tego – powiedział ze zrezygnowaną miną. – I pomyśleć, że w takim Framsburgu udało mi się otworzyć tyle ukrytych przejść.
– Chyba nie ma sensu łamać sobie głowy na siłę. Czas ucieka, a my utkwiliśmy w jednym miejscu.
– Racja. Zbadajmy dziedziniec i poszukajmy innych wejść do twierdzy. – Ankaôn wstał i sięgnął po pochodnię, która ciągle tkwiła w uchwycie na ścianie. Jednak żelazna, zardzewiała obręcz utrudniała jej wyciągnięcie. Ankaôn szarpnął pochodnią kilka razy na boki, ciągnąc ją jednocześnie do góry. Bezskutecznie. Z uchwytu posypały się okruchy rdzy, przyprószając mu włosy.
– Co jest? Może się zaklinowała? – mruknął i jeszcze raz spróbował. Bezskutecznie. Pochodnia ani drgnęła.
– Poczekaj, pomogę ci. – Podeszłam do uchwytu i razem chwyciliśmy pochodnię. – Może spróbujmy ją wykręcić.
– Dobrze. Kręcimy w lewo. No to… – Zacisnęliśmy mocno dłonie. – Uwaga… Raz, dwa… Teraz!

Rozległ się głośny zgrzyt. Nie był to jednak dźwięk drewna trącego o pokryty rdzą metal, lecz raczej tarcie metalu o kamień. Pochodnia obróciła się, razem z nią obrócił się jednak cały uchwyt, ze ściany posypały się okruchy gruzu, a pomiędzy żelazną płytą a ścianą zarysowała się wyraźna szczelina.

Puściliśmy pochodnię i zdumieni, a zarazem zaskoczeni, patrzyliśmy na efekt naszego najprawdziwszego i zupełnie przypadkowego szczęścia.

– Jest!!! Udało się!!! – Ankaônowi rozbłysły oczy.
– Że też nie przyjrzeliśmy się tym uchwytom na samym początku. Spójrz, one nie są przymocowany do ściany od zewnątrz, ale wchodzą w jej środek. – Starłam rdzawy pył, aby lepiej odsłonić to miejsce.
– Tak… A tutaj chyba była przymocowana poprzeczka, żeby łatwiej było obrócić uchwyt… Wygląda na to, że czas ją zniszczył. – Ankaôn podniósł z ziemi rozsypujący się odłamek.
– I że raczej nikt nie wchodził tutaj przed nami, przynajmniej od tej strony – powiedziałam.
– Właśnie… – Ankaôn w zamyśleniu rozejrzał się po komnacie. – Dziwnie się czuję ze świadomością, że badamy historię, która… która żyje. Mam wrażenie, że jesteśmy jej częścią, o wiele bardziej niż w jakimkolwiek innym miejscu.
Zacisnęłam dłoń na rękojeści miecza Czarnoksiężnika.
– Może dlatego, że sami jesteśmy ludźmi i czy tego chcemy, czy nie, żyjemy w świecie naznaczonym piętnem dziejów. I tak samo próbujemy rozwikłać zagadki i znaleźć odpowiedzi na dręczące nas pytania. Ale tutaj jest jeszcze coś więcej, zgadzam się z tobą.

Spojrzałam na kamienne ściany, które niegdyś, przez ponad sześćset lat były często jedynymi świadkami samotnych rozmyślań władcy tego zimnego, smutnego kraju. Sześćset lat, które się wydają człowiekowi niemalże nieskończonością, dla niego były jednym z wielu epizodów w ciągnącym się przez ery istnieniu na granicy światów.

– Powinniśmy chyba ruszyć dalej. – Ankaôn przymocował do plecaka zapasową pochodnię. – Chociaż teraz, gdy już tutaj dotarliśmy, żałuję, że odkryliśmy to wyjście z komnaty. Jak pomyślę, że miałby tutaj łazić ten podejrzany typ udający archeologa, to coś się we mnie buntuje.
– Chyba nie mamy innego wyboru, jak zrobić następny krok. Chociaż absolutnie nie wyobrażam sobie, aby cokolwiek stąd miało się dostać w jego chciwe łapska.
– Nie wiem, jak ty, ale ja coraz częściej widzę go rozwalonego jako ten Smaug na stosie skarbów.
– Słusznie prawisz, przyjacielu – uśmiechnęłam się. – Ale ruszajmy, bo czas ucieka.

Wspólnie pociągnęliśmy za odspojoną od ściany krawędź płyty. Ustąpiła z głuchym chrobotem i zgrzytem, ukazując wysoki, lecz niezbyt szeroki korytarz. Z bijącym mocno sercem, cały czas zaciskając spoconą dłoń na rękojeści miecza, weszłam do środka.

Po drugiej stronie drzwi tkwił uchwyt na pochodnię, identyczny jak w komnacie, jednak w przeciwieństwie do tamtego, nie było na nim widać plam rdzy, a na metalicznej powierzchni tańczyły odbite płomyki pochodni. Przyjrzałam mu się z bliska i rozpoznałam ornament ze splecionych ze sobą, kolczastych gałęzi – dokładnie taki sam, jak na jelcu miecza, który miałam u boku.

– Zobacz… – nie musiałam kończyć. Mój przyjaciel z zachwytem w oczach wpatrywał się w żelazny uchwyt.
– No właśnie… wyobrażasz sobie, aby coś takiego miało trafić w łapy tego typa od wykopalisk, który tak usilnie próbuje nam szefować?
– Absolutnie. Wiesz co? – Nagle mnie tknął niepokój. – Zamknijmy może drzwi, nim pójdziemy dalej. Na wszelki wypadek – dodałam.
– Dobrze. Mam nadzieję, że je otworzymy.

Chwyciliśmy za zdobiony uchwyt drzwi i pociągnęliśmy, aż się zamknęły. Przekręciliśmy żelazny uchwyt i usłyszeliśmy znajomy chrobot. Pchnęłam silnie żelazną płytę drzwi, próbując je otworzyć. Ani drgnęły. Jednak po powtórnym obróceniu uchwyty na pochodnie otworzyły się bez żadnego problemu. Odetchnęliśmy z ulgą.

– Cóż… mimo wszystko to chyba nie było zbyt mądre. Drzwi z ukrytym mechanizmem otwierania, nie używane przez… nawet nie chcę myśleć, przez jak długo. – Ankaôn najwyraźniej zdał sobie sprawę z naszego braku ostrożności.
– Aha. A my je beztrosko zamykamy i otwieramy. I jak zwykle, dopiero po czasie uświadamiamy sobie grozę sytuacji – powiedziałam z przekąsem.
– I tak, jak poprzednio stwierdzamy: siła wyższa, znów mieliśmy szczęście – dodał Ankaôn.

Ponownie zamknęliśmy wejście i wolnym krokiem ruszyliśmy przed siebie.

– Dobrze, że ten korytarz jest wysoki. Pamiętasz, jak w kopalniach w dolinie Greylin musieliśmy iść prawie na czworaka? Do tej pory kolana mnie bolą za każdym razem, jak sobie przypomnę. – Ankaôn dokładnie oglądał kamienne ściany i posadzkę wyłożoną gładkimi płytami piaskowca o ciemnoczerwonym odcieniu.
– Pamiętam. – Uśmiechnęłam się na tamto wspomnienie niskich kopalnianych chodników i skalnego pyłu, który wciskał się wszędzie – do oczu, uszu i gardła tak, że czuliśmy go potem jeszcze długo po opuszczeniu kopalni. Tymczasem tutaj, w ukrytym korytarzu Carn Dûm było przestronnie i czysto, a co kilka kroków mijaliśmy przymocowane do ścian kute i zdobione elementy, o abstrakcyjnych, choć prostych i surowych kształtach. Wykonane zostały niewątpliwie wprawną ręką. Na wszystkich można było ujrzeć kolczasty, roślinny ornament. Od czasu do czasu czuliśmy powiewy chłodnego, rześkiego powietrza.
– Nie wydaje ci się to dziwne? – spytałam towarzysza. – Najwyraźniej są tutaj jakieś kanały lub choćby szyby doprowadzające powietrze, więc korytarz nie jest odizolowany od wilgoci, a spójrz – nie ma tutaj nigdzie śladu rdzy.
– Tak. Zauważyłem. Ale podobnie było z mieczem, pamiętasz? Jako jedyny zabytek był nie tknięty rdzą. Fakt, że głownia zawiera domieszkę mithrilu, ale normalnie przecież warstewki stali powinny zardzewieć. Możemy sobie szukać racjonalnych wyjaśnień, ale jestem prawie pewien, że działa tutaj jakaś magia… – Ankaôn urwał i spojrzał na mnie. – Żywa. Związana z NIM. Przepraszam, że na początku nie chciałem ci wierzyć – dodał po chwili.
– Nie ma problemu. – Poklepałam przyjaciela po ramieniu. – Oj. Spójrz. – Zatrzymałam się, oświetlając przed sobą korytarz.
– Zaczyna się robić ciekawie – głos Ankaôna lekko zadrżał.

Przed nami było widać prowadzące w dół, niknące w ciemności schody. Patrzyliśmy na nie w milczeniu przez dłuższą chwilę, zanim zdecydowaliśmy się zejść.

2 komentarzy do “2 - Przez bramę tajemnic”

  1. 14 stycznia 2010 @ 20:55Tici

    Cytując za Ankaonem: “Zaczyna robić się ciekawie”. I to bardzo ciekawie. Znasz moje nastawienie do tego tekstu i co o nim sądzę. A raczej co sądziłam, bo lektura tego rozdziału przekonała mnie, że podobnie jak jego bohaterka, nie wiem nawet połowy tego, co być może mogłabym wiedzieć. A ciekawość zżera… Co jest na końcu korytarza itd. Najchętniej porozwodziłabym się tutaj nad tym, co czytałam kiedyś i nad tym, co miałam przyjemność przeczytać teraz, ale to byłoby odrobinę nie fair, prawda? Wobec innych czytelników. Więc tylko pozachwycam się po raz kolejny stopniem komplikacji i nastrojem. Tym poczuciem, że dzieje się coś więcej, niż tylko prosta wyprawa dwojga poszukiwaczy zabytków i tajemnic przeszłości - archeologów, jak ich teraz nazywamy.
    Weny, weny i jeszcze raz weny życzę.

  2. 14 stycznia 2010 @ 22:22Zair Ugru-nad

    Ojej, dzięki Tici za tak budujący komentarz ;-) Znasz również moje nastawienie do tego tekstu, jednak teraz pracując nad jego rozwinięciem, staram się, aby miał on solidną merytoryczną i logiczną podbudowę- nie tylko, aby mógł się w razie potrzeby obronić sam, ale i aby zawierał w sobie mocny wątek poznawczy, który całość urealni.

    Zobaczymy jak wyjdzie :-)

Skomentuj