1 - Annatar

Wybaczyć nie oznacza zapomnieć.
Zrozumieć nie oznacza usprawiedliwiać.

c.a. 1873, II Era

Za oknem jesienny wiatr pochylał gałęzie drzewa rosnącego na dziedzińcu. W komnacie o kamiennych ścianach i wysokim sklepieniu, przy stole zawalonym papierami i mapami siedział barczysty mężczyzna. Wpatrywał się w rozrysowane na jednym z arkuszy szkice skomplikowanych geometrycznych wykresów oraz map, analizując je w skupieniu i od czasu do czasu notując złożone obliczenia. Płonące świece rzucały na jego postać złotą poświatę.

Przeczesał palcami zmierzwione, ciemne włosy i spojrzał w kierunku okna. Światło dnia pomału zastępował łagodny zmierzch. Wstał od stołu i sięgnął po wiszący opodal na ścianie miecz. Przyjrzał się wypolerowanej klindze, przeciętej przez środek wąskim zbroczem. W błyszczącej stali, oprócz płomienia świecy, odbiły się również oczy człowieka – szare jak pochmurne jesienne niebo. Oprócz wieloletnich trosk i doświadczeń można było w nich wyczytać uparte poszukiwanie odpowiedzi na zadawane od wieków pytania, wywoływane przez ciągle niezaspokojoną ciekawość świata. Świata, którego niemal każda rozwiązana zagadka otwierała drogę do kolejnych, a ogrom tego pasjonującego labiryntu wydawał się nie do ogarnięcia.

Ciszę panującą w komnacie przerwał odgłos zbliżających się kroków i po chwili
u wejścia pojawił się szczupły mężczyzna o ciemnych, przetykanych siwizną włosach, sięgających do ramion. Na jego widok poważną i zamyśloną twarz Númenorejczyka rozjaśnił uśmiech.
– Ariduian. Dobrze że przyszedłeś.
– Czas na trening, panie.
– Wiem. Czekałam na ciebie. Chodźmy do zbrojowni.
Kiedy wrócili, dochodziła północ.
– Dziękuję, mistrzu. Jak zawsze dużo się od ciebie nauczyłem. – Wysoki
Númenorejczyk skłonił się przed Ariduianem z szacunkiem.
– Ja również dziękuję, panie. – Ariduian pochylił głowę.
– Spokojnej nocy ci życzę. Przede mną jeszcze dużo pracy – to powiedziawszy, jego pan zniknął w swojej komnacie.

Ariduian chwilę popatrzył za nim, po czym wyszedł na dziedziniec i głęboko wciągnął w płuca chłodne, nocne powietrze. Zamyślił się. Desperacja i zawziętość, z jaką jego pan angażował się w treningi walki, coraz częściej doprowadzała go do stanu bliskiego przerażenia. Ariduian był szybki, zwinny i silny. Jako mistrz miecza przypłynął do Śródziemia prawie dwadzieścia lat temu, zachęcony opisami tej pięknej krainy. Później, oczarowany widokiem Gór Mglistych, nie chciał wracać na Wyspę. Wędrował po Śródziemiu, zachwycając się każdym wyłaniającym się zza kolejnej przełęczy widokiem. W końcu dotarł do jednego ze wschodnich królestw, rządzonych przez jego rodaków, którzy wcześniej niż on opuścili darowaną im przez Valarów wyspę. Gdy ujrzał władcę tego niewielkiego, ale silnego państwa, wyczuł w nim to coś, co czasami dostrzegał u ludzi, w których płonął silny duch żądny wiedzy i tworzenia. Małomówny, o przenikliwym spojrzeniu – człowiek, który kroczy swoją drogą
z uporem i żelazną konsekwencją. Który świadomie swoim fëa dominuje nad innymi.

Ariduian cieszył się wielkim szacunkiem jako nauczyciel fechtunku. Nie był zdziwiony, gdy pewnego wieczoru w samotnej kolacji przeszkodziło mu dwóch gwardzistów. Władca tego kraju chciał się osobiście z nim widzieć.

Skończyli rozmawiać o świcie. Ariduian wyszedł z uczuciem głębokiej, ale i w jakimś nikłym stopniu niepokojącej fascynacji tym człowiekiem. Przez długi czas później na treningach zadawał sobie pytanie, dlaczego są one tak różne od wszystkich innych, jakie w swoim pracowitym życiu prowadził. W końcu zrozumiał – była to koncentracja. Jeszcze nigdy nie spotkał człowieka, który by potrafił tak głęboko skupić jednocześnie swój umysł i ciało na walce. Jego pan był pierwszym i jedynym uczniem, który nigdy nie patrzył w walce na miecz przeciwnika, ale na niego samego. I nigdy się nie cofał ani nie oddawał przeciwnikowi inicjatywy. Natura obdarzyła go wysokim wzrostem, silnymi ramionami oraz szybkością niezwykłą jak na człowieka. Ariduian widział jednak, ile godzin spędza na samotnych treningach i jak ciężką pracą doskonali swoje umiejętności.

Teraz, po latach był świadom, że jego uczeń go prześcignął. Nigdy wcześniej nie miał do czynienia z kimś tak pracowitym i o takich zdolnościach. Był świadkiem, jak jego miecz sięgnął głowy przywódcy dzikiego ludu z południa, nękającego ich kraj częstymi najazdami, zanim tamten zdążył podnieść swój. To wystarczyło. Wroga ogarnęła panika i strach, a o niezwyciężonym Númenorejczyku, władającym silnym państwem na wschodzie zaczęły krążyć legendy. Mówiono, że potrafi czytać w myślach, a do walki staje z zawiązanymi oczami i nawet wtedy sieje postrach wśród wrogów. Ci, którzy go widzieli, twierdzili, że nic nie jest w stanie się ukryć przed jego stalowym, przenikliwym spojrzeniem. Wielu było zdania, że zawdzięcza to wszystko ogromnej wiedzy na temat świata i rządzących nim praw, którą wytrwale zgłębia od wielu lat. Często widywano go podczas bezchmurnych nocy, jak przyglądał się gwiazdom i księżycowi i potem w skąpym świetle świecy w swojej komnacie szkicował tory ruchu, pochłonięty ich analizą.

Ariduiana od pewnego czasu nawiedzały sny. Wcześniej śnił rzadko – zmęczony całodziennym szkoleniem númenorejskich wojowników, zapadał zwykle w głęboki sen, pozbawiony jakichkolwiek marzeń i budził się dopiero o świcie. Jednak od czasu, gdy zauważył, że jego panu walka i zwycięstwa nad wrogiem sprawiają największą przyjemność, zaczął widzieć w snach obrazy mrożące krew w żyłach.
Widział olbrzymią twierdzę, otoczoną przez górskie pustkowia, smagane lodowatym wiatrem, przez które przewalały się mgły. Na murach stał wysoki człowiek, cały w czerni, z uniesionym do góry mieczem, lśniącym zimną, bladoniebieską poświatą. Z daleka, chociaż nie był w stanie określić, skąd, dochodziły odgłosy bitwy – szczęk oręża, krzyki nienawiści, cierpienia i strachu. Jak przez mgłę widział ginące w pożodze wojny całe wsie, osady i miasteczka.
Stojący na murze odwrócił się, zrobił krok w jego stronę i Ariduian rozpoznał go. Poczuł na gardle bezlitosną obręcz strachu.
– Już jest za późno… zbyt dobrze mnie nauczyłeś. – Z tymi słowami wysoki człowiek odwrócił się, opuścił miecz, pochylił barki, jak gdyby pod ciężarem olbrzymiego brzemienia, po czym zniknął w ciemności.

Z tych snów Ariduian budził się zlany potem. Cały czas zadawał sobie pytanie, czy pokazują mu przyszłość. A jeśli tak, to jak odległą? Czy też może są efektem wyczulonej wyobraźni człowieka, który większość życia spędził walcząc i wędrując?

Od tego czasu zaczął baczniej obserwować swojego pana. Stał się swojego rodzaju szarą eminencją na jego dworze. Obecny na naradach i spotkaniach, zawsze przedstawiany był jako mistrz miecza i najbliższy doradca. Posiadał zdolność dostrzegania nawet najstaranniej skrywanych wrogich zamiarów, podczas gdy jego pan był pewien, że docierając do myśli, można zniweczyć plany każdego nieprzyjaciela.

***

Był chłodny dzień u schyłku zimy. Ariduian wraz z władcą oraz niewielką grupą gwardzistów wracali do twierdzy po kilkudniowej wizycie w przygranicznych rejonach państwa. Chłodny, rześki wiatr rozwiewał im włosy, gdy żwawym kłusem pokonywali kolejne mile.
– Czy widzisz, panie to, co ja? – Ariduian zwolnił do stępa i wskazał ręką przed siebie.
– Pieszy wędrowiec – odparł jego pan. – Może potrzebuje pomocy. Dogonimy go.
Wędrowiec usłyszał odgłos końskich kopyt na gościńcu i obejrzał się. Númenorejczycy wyminęli i okrążyli go. Dłonie gwardzistów wymownie spoczęły na rękojeściach mieczy.
– Skąd jesteś i dokąd zmierzasz? – spytał jeden z nich.
– Szukam najbliższej gospody, chcąc odpocząć po długiej wędrówce. Przemierzyłem Śródziemie z zachodu na wschód, żeby dotrzeć do tego kraju, o którym krążą legendy.
– Z zachodu? – Władca przyjrzał się wędrowcowi.
Barczysty, lekko zgarbiony, tylko trochę ustępował mu wzrostem. Włosy miał gęste, o pięknej, srebrzystej barwie mithrilu. Wydawał się kurczyć pod spojrzeniem Númenorejczyka. Jednak jego szarobłękitne oczy patrzyły z ufnością, mądrością i zrozumieniem. Odziany był w wypłowiały od słońca i mocno znoszony strój. Na ramionach miał ciemnoszary płaszcz, a przez plecy przewieszony worek z niezbędnymi w podróży drobiazgami. Poza grubym kijem nie posiadał żadnej broni.
– Wieści o tym kraju dotarły nawet do Eregionu. – Wędrowiec pochylił głowę, jakby to słowo wywoływało w nim niezwykle przykre i smutne wspomnienia. Po chwili podniósł oczy i spojrzał na Númenorejczyka. – O tobie, panie, również
– dodał i skłonił się z szacunkiem.
– Kim jesteś, że mnie poznałeś? – Númenorejczyk spytał ostrym tonem.
– Na imię mam Annatar. Wybacz, panie, że się wcześniej nie przedstawiłem.

Imię Annatara było znane na Wschodzie, choć uważano go bardziej za bohatera z odległej przeszłości. Krążyły o nim niezwykłe wieści – mędrzec, nauczyciel, wysłannik z najdalszego Zachodu. Dzielił się swoją wiedzą wszędzie, gdzie tylko zawędrował.
– Mędrzec rozpoznaje od razu drugiego mędrca. – Cichy, pełen pokory głos Annatara przerwał ciszę, jaka zapanowała.

Ariduian uważnie przyglądał się Annatarowi. W pewnym momencie poczuł bolesne ukłucie, jakby ktoś ognistym ostrzem próbował sięgnąć w głąb jego duszy. Jego pan wyczuł to i zacisnął dłoń na jego przedramieniu.
– Nie pozwolę się oszukać – szepnął, po czym zwrócił się do wędrowca. – Jeśli nie masz innych planów, Annatarze, pojedź z nami. Chętnie dowiem się więcej
o tym, co się dzieje na zachodzie od kogoś, kto stamtąd przybywa. – Stalowy wzrok Númenorejczyka był ciągle pełen nieufności.
– To dla mnie zaszczyt, mój panie. – Annatar skłonił się jeszcze raz i z wdzięcznością w oczach dosiadł prowadzonego przez gwardzistów siwego wałacha.

Po całym dniu podróży dotarli do twierdzy. Późnym wieczorem usiedli do kolacji. Kiedy podano wino, Annatar zaczął opowiadać o swoich podróżach.
Númenorejczyk słuchał z uwagą i nie przerywał. Annatar skupił zamyślone spojrzenie na kielichu wina, który postawił przed nim służący. Jego oczy, szare jak skała i jednocześnie błękitne jak woda, w której odbija się bezchmurne niebo, wyrażały smutek, tęsknotę, ale również radość, jaką czuje nauczyciel, który napotyka wdzięcznych słuchaczy. Mówił wiele o tym, jak bardzo Śródziemiu potrzebna jest głęboka wiedza o świecie.
– Wiele lat spędziłem, przekazując elfom wiedzę, jak zachować na wieczność wszystko to, co w Śródziemiu kochają najbardziej, a co jednocześnie przemija.
– W Śródziemiu przemija tylko czas. A wraz z nim ludzkie pokolenia.
– Númenorejczyk spojrzał na zamyślonego Annatara. – Elfowie nigdy do nas nie dotarli, choć wiem, że ciągle licznie zamieszkują Śródziemie.
– Życie ludzi zawsze było i jest dla nich krótkim, niewiele znaczącym epizodem w ich nieskończonym trwaniu. Najważniejszy dla nich jest ich własny kunszt i umiejętności.
– Dlaczego wyczuwam w twych słowach żal? – spytał Númenorejczyk.
– Pragnąłem, aby elfowie byli nauczycielami ludzi, a swoją mądrością i doświadczeniem pomogli rasie ludzkiej uczynić ze Śródziemia krainę, w której by nie znano nieszczęścia, chorób, głodu ani wojen. – Srebrzystowłosy mędrzec pochylił głowę.
– Elfowie są mistrzami i wielkimi nauczycielami moich przodków. Nic mi nie wiadomo, żeby niechętnie dzielili się swoją wiedzą. – W głosie Númenorejczyka dało się wyczuć zniecierpliwienie.
– Tak… wielcy elfowie z Zachodu podarowali wam, ludziom Andoru olbrzymią wiedzę, która jak niegasnące światło, właśnie dzięki wam, rozjaśniła najdalsze zakątki Śródziemia. Ja uczyłem elfów, którzy za swoją ojczyznę uznali tę właśnie krainę. Uczyłem ich, jak ocalić umiejętności leczenia chorób, ran i wszelkich innych bolączek tego świata, które tak bardzo odczuwają ludzie. Elfowie mają niezwykle zręczne ręce, bystre umysły i wielowiekową mądrość. I udało się. Zamknęli wszystko, co najpiękniejsze i najcenniejsze, w trzech pierścieniach. Niestety… uznali, że to wszystko jest ich wyłączną własnością, choć zdradzałem im największe tajniki swojej wiedzy w intencji uratowania wszystkich ras Śródziemia od tego, co je gnębi i smuci. – Po policzku Annatara spłynęła łza.

W komnacie zapadła cisza. Ariduian wyraźnie czuł, jak jego pan próbował przeniknąć na wylot myśli Annatara. Westchnął w duchu, przeczuwając, co się stanie. Kątem oka złowił błysk ostrza dobywanego sztyletu.
– Czego oczekujesz ode mnie? Dlaczego po wojnie, o której krążą wieści, żeś sam ją wywołał, przybyłeś do mojego kraju? Jaki plan znowu knujesz? Mów, albo mój widok będzie dla ciebie ostatnim. – Númenorejczyk mówił to beznamiętnym
i spokojnym głosem, a Annatar wyraźnie zbladł, nie dostrzegł bowiem, kiedy sztylet znalazł się przy jego gardle, a druga dłoń władcy mocnym chwytem za włosy unieruchomiła mu głowę.
– Panie, wybacz, nie powiedziałem ci wszystkiego – wykrztusił słabym głosem. Ariduian nie był pewien, czy mu się zdawało, czy rzeczywiście dostrzegł w oczach starego mędrca błysk gniewu i żądzy zemsty.
– Mów – rzucił władca. Chwytu jednakże nie rozluźnił.
– Elfowie, poznawszy sekrety wiedzy, jaką im przekazałem, wykuli więcej pierścieni. Nie tylko te trzy, o których wspomniałem… Stworzyli też piękne pierścienie, które miały pomóc wam, ludziom… miały pomóc odróżnić prawdziwą mądrość od oszustwa, zachować jasność umysłu i zdrowie na wiele lat. Nie pragnąłbyś, panie, aby twoi poddani cieszyli się dłuższym życiem w pełni sił? Chcesz wiedzieć, jakie było prawdziwe oblicze wojny? Elfowie, gdy skończyli swoje dzieła: idealne, prawdziwy kunszt rzemiosła, sięgającego tradycją legendarnego i wielkiego Feänora, nie chcieli się z nimi rozstać. Zamknęli w nich tyle piękna, jakie istnieje w Śródziemiu… Traktowali je jak swoją własność i nie chcieli myśleć o pierwotnym celu całego przedsięwzięcia. Zrozum, mój panie i zechciej spojrzeć na mnie jako na kogoś, kto został oszukany, kto ma za sobą krwawe wojny i nieszczęścia, a przed sobą nawet cienia nadziei… nic mi nie pozostało. – W oczach Annatara ponownie zagościły łzy. – Chciałbym jednak, aby ludzie z dalekich zakątków Śródziemia poznali prawdę. I taki jest cel mojej długiej i ciężkiej wędrówki.

Númenorejczyk po chwili puścił Annatara. Ten odetchnął z wyraźną ulgą.
– Dlaczego mam ci uwierzyć? Często, zbyt często, pięknie brzmiące słowa kryją oszustwo.
– Nie musisz mi, panie, wierzyć. Postąpisz ze mną, jak uznasz za stosowne… Ale czy naprawdę sądzisz, że ktoś taki stary i zmęczony długim życiem jak ja, przemierzałby Śródziemie, aby uknuć spisek przeciwko tobie? Poza tym… nie tylko słowa mam na poparcie moich szczerych intencji. Oto, co udało mi się ocalić z wojennej pożogi – mówiąc to Annatar wyciągnął z sakiewki przy pasie mały przedmiot.

Zacisnął na nim dłoń. Gdy ją otworzył, oczom władcy ukazał się pierścień, wykuty z białego złota. Na całym obwodzie pierścienia misternie wygrawerowany był drobny, roślinny ornament. Idealnego piękna dopełniał wprawiony malutki kamień, o niezwykle silnym połysku i głębokiej, czarno-czerwonej barwie. Patrząc
w niego nie można było się oprzeć wrażeniu, że się spogląda w tysiące lat doświadczeń i wiedzy, jakie są udziałem tego świata.
– Oto właśnie jedyny ocalały pierścień z tych, które miały trafić do ludzi.
Ariduian widział, jak jego pan walczy z natłokiem myśli. Sam również był zaskoczony. Elfowie byli dla niego zawsze cudownymi, na wskroś dobrymi istotami, którym obca jest zawiść, chęć władzy i dominacji. Słowa mędrca brzmiały niezwykle przekonująco, jednak cały czas coś podświadomie w duszy szermierza wzbudzało nieufność. Nie umiał jednak tego określić. Tak, jakby światło mądrości, które w jego oczach otaczało sędziwą postać Annatara, było przytłumione cieniem zdradzającym oszustwo, będące ogniwem starannie przygotowanego planu, którego celu Ariduian nie potrafił niestety dostrzec.
Pierścień przyciągał wzrok, jego idealne piękno i wręcz namacalna głębia wiedzy i mądrości, jaka przebijała z malutkiego kamienia o niepowtarzalnej barwie sprawiały, że nie można było przestać o nim myśleć.
– Ale to by było zbyt proste. – Númenorejczyk nie bez wysiłku oderwał wzrok od pierścienia. Po chwili jednak jego stalowe spojrzenie znów przewiercało Annatara niemalże na wylot. – Nie wmówisz mi, że mając taki pierścień osiągnę wszystko, a klęski, smutki i problemy staną się mglistą przeszłością.
– Nie, panie. Pierścienie tylko pomagają, ułatwiają wybór właściwej drogi, żeby uniknąć nieszczęść. Znasz na pewno, panie, dzieje Túrina, którego życie było pasmem niekończących się tragedii… Pierścienie dają jasność umysłu, dzięki której można zrozumieć świat tak, jak nigdy ludziom się nie udawało, bowiem ich życie jest za krótkie.

Númenorejski władca znów spojrzał na pierścień, dzięki któremu jego życie byłoby dłuższe, wolne od trosk, nieszczęść, dzięki któremu mógłby uleczyć starość Ariduiana, zgłębić te dziedziny wiedzy, których ciągle jeszcze nie rozumie… Znaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania, które budzą go przed świtem, zapanować nad wszystkim, co pozostaje nieznane i kryje się w cieniu tajemnic.
– Wybacz panie, tylko tyle udało mi się ocalić. Długo myślałem, jak postąpić, zanim wybrałem się w daleką podróż do ciebie i do twojego kraju. Przyjmij, panie, ten dar. Niech ci pomoże osiągnąć to, czego mi się nie udało i już nie uda. Jestem stary i zmęczony oraz przygnębiony długą wojną. Zbyt wiele widziałem zła na tym świecie. W tym pierścieniu zamknięty jest cały dorobek mojego długiego życia. Wykorzystaj go, panie, dla dobra ludzi, których masz pod opieką. Odejdę spokojny, że zrobiłem wszystko, co mogłem, aby ocalić dla ludzi choć tak drobną część piękna i mądrości.

To mówiąc, Annatar położył pierścień na stole przed władcą i skłonił się głęboko. Ten, chcąc w samotności przemyśleć wszystko, kazał gwardzistom odprowadzić Annatara do komnaty w bocznym skrzydle twierdzy, w którym zwykle mieszkali goście. Pożegnał się z Ariduianem, po czym spojrzał przez okno na surowe
okoliczne wzgórza, rozświetlane pierwszymi promieniami słońca. Westchnął i podszedł do stołu, na którym leżał dar Annatara. Zmarszczył brwi, bowiem wydało mu się, że przez chwilę widzi otaczający pierścień cień, deformujący idealne piękno elfickiego kunsztu. Cień jednak się rozwiał tak szybko, jak pojawił i klejnot znów lśnił pięknym światłem białego złota, któremu wpadające do komnaty promienie słońca dodały złotych odblasków. Władca poczuł w tym momencie na wyciągnięcie dłoni nieskończoną mądrość pokoleń Pierworodnych, którzy swoje życie oddali całkowicie miłości do Śródziemia – krainy, w której po raz pierwszy ujrzeli światło gwiazd.
– A ja teraz pragnę ujrzeć światło mądrości – cicho rzekł do siebie Númenorejczyk. I w purpurowym świetle wschodzącego słońca założył pierścień na palec.

Skomentuj