1 - Prolog

Pola Pelennoru, wiosna, 397 lat po Wojnie o Pierścień

Mijał kolejny dzień pracy na wykopaliskach. Popołudniowe słońce grzało mocno, aż koszula zaczęła mi się przylepiać do spoconych pleców. Otarłam pot z czoła i wróciłam do pracy. Położyłam się na brzuchu na brzegu wykopanej jamy i zaczęłam odgarniać sypki, piaszczysto-pylasty osad, pomagając sobie od czasu do czasu niewielką łopatką. Za którymś razem palce moje natrafiły na twardy przedmiot o gładkiej powierzchni. Serce zabiło mi szybciej z radości. Wzięłam pędzel ze sztywnego włosia i zaczęłam nim usuwać miejscami zeskorupiałą warstwę osadu. Spod pędzla wyłonił się podłużny kształt miecza. Gdy wreszcie po prawie godzinnej, żmudnej pracy odsłoniłam całość znaleziska, aż westchnęłam ze zdumienia i zachwytu. Ostrze miecza było wręcz idealnie zachowane, pokryte tylko cienkim, rdzawym nalotem, podczas gdy wiele innych zabytków z pobliskich miejsc, wykopano w dużo gorszym stanie. Potrząsnęłam z niedowierzaniem głową. Może akurat tutaj były nieprzepuszczalne skały, których obecność potrafi opóźniać proces korozji? Delikatnie, przez kawałek lnianego płótna, wzięłam miecz w ręce, czując przyspieszone bicie serca i dreszcz na plecach, chociaż słońce grzało niemiłosiernie. Wstałam, aby przyjrzeć się dokładnie znalezisku w świetle chylącego się ku zachodowi słońca.

Kinakhê urîdad ugru-dalad…. kinakhê…1

Na dźwięk tych pełnych bólu słów, które rozległy się gdzieś głęboko w mojej głowie, zmiękły mi nogi. Spojrzałam wokół siebie i przeraziłam się, bo cały świat w jednym momencie pociemniał i stracił swoje barwy. Zamknęłam oczy i poczułam, jak ziemia usuwa mi się spod nóg. Padłam na kolana, wydawało mi się, że walące jak młot serce rozsadzi mi żebra. Po długiej chwili, oblana zimnym potem, odważyłam się otworzyć oczy. Odetchnęłam z ulgą. Świat wyglądał normalnie.

Annatar… tâidô pharaz-mâ kinakham…2

W tych słowach brzmiał nie tylko ból, ale i klęska - ta najgorsza, jaką można ponieść - gdy jej świadomość przychodzi, kiedy jest już za późno, gdy nie ma odwrotu. Zadrżałam. Spojrzałam na miecz, który cały czas trzymałam w prawej dłoni. Annatar… Zmarszczyłam brwi, wpatrując się w surowy, ale na swój sposób piękny ornament na jelcu, przypominający splecione ze sobą, kolczaste gałęzie.

- Chciałem oddać mapę. Dziękuję. - usłyszałam znajomy głos i ujrzałam starszego, wysokiego mężczyznę, który był głównym opiekunem wykopalisk na terenie Pelennoru. Nie wiedziałam, dlaczego, coś mi jednak kazało zachowywać wobec niego chłodny dystans. Choć zawsze był sumienny i wzorowo dbał o przebieg prac, miał w sobie coś, co nie pozwalało mi do końca mu zaufać.
- Ach… cieszę się, że się przydała – odpowiedziałam trochę nieprzytomnie.
- Wszystko w porządku? – Najwyraźniej zaniepokojony, podszedł do mnie.
- Tak, tylko ten upał jest trochę męczący. Jest wyjątkowo gorąco jak na tą porę roku.
- Co to jest? - spytał dziwnym tonem, wskazując na miecz, który cały czas trzymałam w prawej dłoni.
- Moje najnowsze znalezisko.
Mężczyzna podszedł bliżej i przyjrzał się broni. Nie wziął jednak jej do ręki. Zauważyłam, jak jego twarz przybiera wyraz zdziwienia, by chwilę potem zblednąć.
- Zatrzymaj go przy sobie - tak, wiem, że jest bezcenny - dodał, widząc moje pytające spojrzenie - nie rozumiem, co się dzieje w tej chwili, ale jestem przekonany, że powinnaś go mieć. Cokolwiek się wydarzy… - spojrzał na mnie wzrokiem, w którym wyczytałam mieszankę strachu i współczucia.
- Co miałoby się wydarzyć? - spytałam.
- Nie wiem. Wybacz. Ale nie chciałbym być na twoim miejscu - odrzekł niepewnie, po czym odszedł powolnym krokiem w swoją stronę.

Od tamtego dnia nie rozstawałam się z mieczem, mając go przy boku w czasie każdej kolejnej wędrówki. Zdaniem ojca mojego przyjaciela, szanowanego płatnerza, mało kto był obecnie w stanie wykuć równie doskonałą głownię. Po wyczyszczeniu, naostrzeniu, powtórnym hartowaniu oraz dorobieniu oprawy rękojeści miecz robił niesamowite wrażenie. Był lekki i niezwykle wytrzymały, ale największy zachwyt wzbudzało we mnie światło księżyca, odbijające się od tej stali znacznie mocniej niż od jakiejkolwiek wykutej w czasach mi współczesnych. Wydawało się, że głownia lśni niebieskawą poświatą.

Aż nadszedł dzień, w którym podjęłam decyzję; kiedy uświadomiłam sobie, że nie jestem w stanie żyć targana rozterkami i niepokojem. Ani przezwyciężyć tego czegoś, co ciągnęło mnie na wschód. Oznaczało to pożegnanie z najbliższymi przyjaciółmi na wiele tygodni.

***

Bree, lato tego samego roku.

Wesoły gwar w gospodzie “Pod Rozbrykanym Kucykiem” trwał nadal, gdy weszłam do głównej sali. Ogień w kominku trzaskał wesoło, za oknem zachodzące słońce łagodnym ciepłem zaczynało żegnać dzień.

- Wreszcie jesteś! Co robiłaś tak długo? - ciemnowłosy, młody mężczyzna spojrzał na mnie pytająco, unosząc kufel z piwem.
- Skorzystałam z okazji, żeby się spakować na jutro. A ty, Ankaônie, jak zwykle, wymyśliłeś co najmniej kilka mrocznych powodów, dla których na czas krótszy niż godzina, zdradziłam twoje towarzystwo? - mrugnęłam znacząco i usiadłam obok przyjaciela.
- Nie. Obecne tutaj towarzystwo skutecznie mi wybiło z głowy tego typu pomysły.
- I bardzo dobrze zrobiło. Gdyby jeszcze to wybijanie nie pochłonęło tyle piwa, szczęście moje byłoby niemal absolutne. – Wlałam do swojego kufla resztkę piwa ze stojącego na środku stołu dzbana.
- Nie miej nam tego za złe – wtrącił się siedzący obok mojego przyjaciela Bolges, hobbit o jasnej, kędzierzawej czuprynie i nieco szelmowskim spojrzeniu - pozwolę sobie bowiem zauważyć, że wybijanie myśli z jego głowy jest zajęciem pochłaniającym nader dużo energii.
- I zapewne jeszcze dodasz, że piwo jest trunkiem odnawialnym - krzyknął jego towarzysz, siedzący naprzeciwko.
- Nie byłbym sobą, gdybym tego nie zrobił. Piwo JEST trunkiem odnawialnym. Wystarczy z pustym dzbanem przejść się o tam - wskazał ręką w kierunku gospodarza, który tego wieczoru ledwo nadążał z napełnianiem kufli.
- Wiesz co? - pochyliłam się w kierunku Bolgesa - bardzo ciekawa teoria. Podoba mi się. A byłbyś w stanie dowieść jej prawdziwości w sposób empiryczny?
- Empi… co? - hobbit zamrugał oczami - znowu się za dużo naczytałaś w bibliotekach Minas Tirith?
- Em-pi-ry-czny. Bierze się ten dzban, idzie do gospodarza, prosi o jego napełnienie i z pełnym wraca się tutaj - z kamiennym wyrazem twarzy wytłumaczyłam hobbitowi zastosowanie tego mądrego słowa w praktyce.
- Zapomniałaś dodać jeszcze, że się za ów napełniony dzban płaci - wtrącił Ankaôn.
- Nie zapomniałam. Miałam właśnie rzec, że wdrażanie empiryzmu czasami wymaga poniesienia kosztów w postaci… - urwałam i machnęłam ręką, gdy towarzystwo wybuchnęło gromkim śmiechem. Chwilę później na stole pojawił się świeżo napełniony złocistym trunkiem dzban i wzniesiono kolejne toasty.
- Nad czym się znowu zamyśliłaś? - Ankaôn najwyraźniej dostrzegł, jak odbiegłam myślami od wesołych rozmów, wpatrując się w okno, za którym ciemniało wieczorne niebo.
- Nad najbliższymi dniami - odpowiedziałam.
- Te adunaickie słowa… ciągle nie dają ci spokoju?
- Nie dają - popatrzyłam na przyjaciela - ale najbardziej dręczy mnie pytanie: do kogo należał miecz, który znalazłam na polach Pelennoru?
- Nie mam pojęcia. Jest zbyt pięknie wykonany, aby był własnością szeregowego wojownika, ale na pewno doszłaś do tego samego wniosku.
- Ankaônie, ja muszę na to pytanie odpowiedzieć. Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego.
- Rozumiem. Ale wrócisz? - spytał z niepokojem.
- Wrócę.
- Jeśli zmieniłabyś zdanie, chętnie będę ci towarzyszyć.
- Dziękuję ci, ale nie trzeba. Zresztą i tak jesteś tutaj potrzebny. To całe towarzystwo - wskazałam na siedzącą wokół stołu gromadę ludzi i hobbitów - generuje na wykopaliskach taki chaos, że jak ty nad nim nie zapanujesz, nikt się nie połapie potem w znaleziskach.
- To prawda - Ankaôn uśmiechnął się - i tak z ledwością nadążam z katalogowaniem zabytków. Szczególnie hobbici, jak się wezmą do pracy, to wydaje się, że znaleziska same im wskakują w ręce.
- Dasz sobie radę - klepnęłam przyjaciela po ramieniu.
- Będę tęsknić - rzekł cichym głosem.
- Ja też - spojrzałam mu w ciemne, orzechowe oczy - pora na mnie. O świcie chcę wyjechać.
- Uważaj na siebie.
- Będę się starać.

Ankaôn skinął głową i uśmiechnął się.

- Uciszcie się w końcu! - zawołał gromkim głosem - pora na toast pożegnalny! - to powiedziawszy, wzniósł kufel i zwrócił się do mnie - niech cię szczęśliwie drogi prowadzą, a odwaga nie opuszcza. Niech nawet najbardziej niespodziewana osoba spotkana na twej drodze okaże się przyjacielem.
- Do zobaczenia! - rozległ się chóralny głos wszystkich obecnych.
- Dziękuję - starałam się nie pokazywać po sobie wzruszenia, jakie mnie ogarnęło, gdy słyszałam te słowa - zdrowie was wszystkich i do jak najszybszego zobaczenia. – Dopiłam resztę piwa, uścisnęłam każdego z przyjaciół, po czym, nieco chwiejnym krokiem, wyszłam z gospody.

Wyruszyłam o świcie, kiedy miasteczko było pogrążone jeszcze we śnie. Podróż minęła szybko i spokojnie. Pod Minas Tirith, u zaprzyjaźnionego z czasów wykopalisk człowieka, zostawiłam wierzchowca, decydując się na przebycie reszty drogi piechotą. Obawiałam się, że skaliste ścieżki Ephel Duath, którymi być może przyjdzie mi podążać, przekroczą możliwości mojego siwego wałacha.

***

Imlad Morgul

Nadeszła jesień, gdy w końcu zawędrowałam do Rozstaja. Stanęłam, targana niepokojem i wewnętrzną rozterką. Rozsądek przywoływał uparty strach. Coś jednak ciągnęło mnie do doliny w górach, znanych jako Góry Cienia. Odnalazłam zarośniętą, zapomnianą drogę. Chwilę potem wspinałam się mozolnie w górę doliny, która była sucha i jałowa. Poza wyschniętym, kamienistym korytem, nie było żadnego innego śladu po płynącym niegdyś tędy potoku.

W całej okolicy panowała cisza; miałam wrażenie, że czas się zatrzymał, podświadomie wyczuwałam atmosferę oczekiwania na… zabłąkanego przybysza? - otrząsnęłam się z kolejnego już w tym miejscu ataku dreszczy. Drżące ze zmęczenia kolana dawały mi znać, że najwyższa pora na odpoczynek. Kolejny wieczór przy ognisku, którego ciepło obudziło we mnie tęsknotę za czymś, czego w tym momencie i tym miejscu nie było, pogłębił tylko szarpiące moje serce irracjonalne uczucie zagubienia i niepokoju. W końcu zasnęłam.
Gdy otworzyłam oczy, wokół panowała ciemność, jedynie czerwony żar z przygasającego ogniska oświetlał nieco najbliższe moje otoczenie.

Czekałem, aż tu zawędrujesz.

Zerwałam się z ziemi, rozglądając się wokół. Jednak nie byłam w stanie w skąpej czerwonej poświacie zauważyć więcej, niż niewyraźny zarys wysokiej postaci.

To jednak nie jest miejsce dla człowieka.

Nieznajomy nie wypowiedział ani jednego słowa, rozlegały się one w moich myślach. Poznałam jednak ten głos.
- ‘Kinakhê urîdad ugru-dalad’ – jak zatem mam rozumieć te słowa? - rzuciłam pytanie w ciemność nieco drżącym głosem.

Odpowiedziała mi cisza, w której wyczułam zawahanie. Po chwili nieznajomy zbliżył się na tyle, że mogłam ujrzeć jego postać w świetle dogasającego ogniska. Wysoki, w czarnym płaszczu z kapturem, miał w sobie coś, co budziło nie tylko strach, ale i szacunek. I wyczułam jego wzrok skierowany na tajemniczy miecz, którego rękojeść ściskałam w spoconej dłoni. Podszedł bliżej i wyciągnął przed siebie opancerzoną rękę. Drżącym ruchem podałam mu miecz, rękojeścią do przodu. Nieznajomy w milczeniu, powolnym gestem dotknął stalowej głowicy i zacisnął dłoń na rękojeści. Uniósł broń i w tym momencie zdałam sobie sprawę, z kim mam do czynienia. Bowiem przede mną stał Król Úlairich, Upiorów Pierścienia, Czarnoksiężnik z Angmaru, a ja bez sprzeciwu, poddając się jego woli, przewędrowałam szmat Śródziemia, żeby oddać mu jego własność, miecz, który w jego dłoni siał paraliżującą grozę. Strach wstrząsnął mną; w jednej chwili, jak w kalejdoskopie, przemknęły mi przez myśli Angmar, Fornost, Osgiliath, Bree, Amon Sûl, Bród Bruinen, Minas Tirith, Pola Pelennoru.

- Mój miecz… - dźwięk głosu Czarnoksiężnika sprawił, że ugięły się pode mną kolana. Czułam go jak lodową strzałę, bezlitośnie przeszywającą moje wszystkie myśli - byłam pewna, że są to ostatnie chwile mojego życia. Nie byłam w stanie wykonać nawet najmniejszego ruchu. Zamknęłam oczy, nie chcąc widzieć spadającego na mnie ostrza.
Nic się jednak nie stało. Zapanowała cisza – ta, która gęstnieje w ciągu kilku chwil. Cisza, w której więźnie strach i dziesiątki nigdy niezadanych pytań i w której przestaje się czuć upływ czasu.

Otworzyłam oczy. Na czole, karku i na plecach czułam zimny pot. Czarnoksiężnik w dalszym ciągu w milczeniu wpatrywał się w wypolerowane ostrze. W końcu powolnym ruchem opuścił miecz.
- Zostaw mnie w spokoju. Przez setki lat żaden człowiek tutaj nie przybył. I niech tak pozostanie.
W tym ostatnim zdaniu wyczułam wyraźnie ból i cierpienie. Strach, jaki czułam, nieco zmalał.
- Czym miały być te słowa, które często słyszałam w głowie, jeśli nie prośbą o przybycie? - spytałam niepewnie, starając się zapanować nad drżeniem własnego głosu.

Wyczułam hipnotyzujące spojrzenie Czarnoksiężnika. Ostatkiem sił zmusiłam się, aby nie odwrócić wzroku. Jednak nie wyczytałam w jego spojrzeniu nienawiści ani bezkresnego zła, ale świadomość przeszłości, od której nie ma odwrotu. I nie ma szansy na wybaczenie. Skinął powoli głową, jakby na potwierdzenie moich domysłów.
- Zatrzymaj go - podszedł do mnie. Wyciągnęłam ręce. W momencie, gdy podawał mi miecz, na chwilę moje i jego dłonie spotkały się. Poczułam, jak drgnął.
- Dziękuję - pochyliłam z szacunkiem głowę i wtedy je ujrzałam w skąpej poświacie żaru z ogniska.

Z obu stron potoku szerokim pasem ciągnęły się cieniste łąki, usiane białawymi kwiatami. Kwiaty te również lśniły światłem i były piękne, lecz zarazem straszne, jak bywają przedmioty obłędnie zniekształcone w koszmarnym śnie.3

O dziwo, teraz nie było w nich widać śladu grozy i upiornego zła związanego z tym miejscem. Nie odpychały, wręcz przeciwnie, przyciągały mój wzrok spragniony widoku nawet drobnego, małego, ale czystego piękna. Wyglądały, jakby ktoś tchnął w nie nową nadzieję.

Czarnoksiężnik również w milczeniu przyglądał się białym kwiatom. Po chwili znów spojrzał na mnie i na miecz, który ściskałam w dłoni.
- Żegnaj. Dość czasu ci zabrałem. Nie życzę ci, abyś mnie jeszcze spotkała.
- Zostawmy to przyszłości - odparłam. Król Úlairich podniósł głowę i wydało mi się, że na niewidzialnej twarzy zagościł cień nadziei.
- Dziękuję - odrzekł cichym głosem, prawie szeptem, i znikł w ciemności nocy.
- Bywaj w spokoju - powiedziałam po dłuższej chwili.

***

Pogrążona w myślach szłam w kierunku Minas Tirith. Wokół mnie mienił się rudymi i złocistymi barwami jesieni. Nie zwracałam na niego uwagi. Cały czas myślałam o przyszłości. Głowę moją wypełniały pytania, na które nie mogłam znaleźć odpowiedzi. Wiedziałam, dlaczego - nie odważyłam się zadać ich sobie wcześniej, w ciągu tych wszystkich lat zgłębiania dziejów Śródziemia. Teraz zrozumiałam, jakiego ogniwa mi brakowało, i czego szukałam, chociaż nie do końca świadomie. Zrozumiałam również nienazwane wcześniej uczucie, które od czasu do czasu nieśmiało dawało o sobie znać, teraz jednak zajęło na stałe miejsce w mojej duszy. Tym uczuciem była tęsknota.

***

Dzień był pochmurny i szary. Otaczające mnie wzgórza sprawiały wrażenie pogrążonych w smutku i przygnębiającym nastroju, który po jakimś czasie i mnie się udzielił. Nie potrzebowałam wyciągać mapy - wiedziałam, że jestem w miejscu, znanym niegdyś jako Kurhany, pamiętające czasy Angmaru. Teraz jednakże panowała tutaj cisza i spokój, pomimo, że gdzieś głęboko dawało się wyczuć cień straszliwych wydarzeń z dalekiej przeszłości. Wyciągnęłam małą drewnianą skrzynkę i otworzyłam ją.

Delikatnie wyjęłam ze skrzynki jedną z kolczastych, kwitnących na biało roślinek i posadziłam na terenie Kurhanów. Druga znalazła swoje miejsce przy gościńcu wiodącym z Bree na wschód, na samotnym wzgórzu Amon Sûl. Wiem, gdzie teraz muszę się udać, pomyślałam, patrząc na północne krańce Gór Mglistych. Jednak nie byłam jeszcze gotowa, by się tam udać.

W ten sposób w miejscach, które przed wiekami przysłoniły cień zła i grozy, zasiane zostały ziarnka dobrej woli, które do dzisiaj tam kwitną, niosąc nadzieję, dając do zrozumienia, że nawet w najmniej oczekiwanych chwilach i miejscach dobro uparcie drąży swoje ścieżki. Bowiem dobro, które pojawia się w miejscach spowitych największą grozą i złem, najtrudniej jest unicestwić.

Do Bree dotarłam starsza nie tylko o miesiące spędzone na wędrówce. Siedząc w przytulnym kącie gospody “Pod Rozbrykanym Kucykiem”, powoli sącząc piwo i wpatrując się w taniec płomieni w kominku, ciągle miałam przed oczami samotną postać w Imlad Morgul. Stała, wpatrując się niewidzialnymi oczami w kępkę zielonej trawy, z której wyrastały małe, kolczaste roślinki z białymi kwiatami o ostro zakończonych, twardych płatkach. Dotknęłam głowicy ukrytego pod płaszczem miecza. Cokolwiek ma się zdarzyć, niech się zdarzy, ale, na Valarów, niech to nie będzie koniec, pomyślałam. To nie może być koniec.

***

1 ‘Przybądź w góry w cieniu pogrążone… przybądź…’ (z rekonstrukcji jęz. adunaickiego Thorstena Renka - tłum. autorki).
2 ‘Annatarze… pewnego razu ze złotem przybyłeś…’ (z rekonstrukcji jęz. adunaickiego Thorstena Renka - tłum. autorki).
3 J.R.R. Tolkien, Władca Pierścieni, tłum. Maria Skibniewska, wyd. Muza SA, 2002.

Skomentuj