Ten wpis będzie odmienny, ale potrzebne mi jest krótkie podsumowanie w celu dalszej pracy. Jest to też zaraz pierwszy, który opisuje postępy pracy nad socjalizacją Talvi.

Talvi - półtoraroczna sunia airedale teriera trafiła do mnie, wyciągnięta z masakrycznych warunków podzamojskiej pseudohodowli. Niekompletny tatuaż w uszku nie pozwolił jak dotąd na ustalenie, skąd sunia pochodzi, ale jeszcze będziemy próbować :)

Była pochmurna i deszczowa niedziela, kiedy wczesnym rankiem przyjechaliśmy z Talvi do mojego domu. Talvi była zarośnięta, skrajnie brudna, z chorymi uszami i kompletnie zaniedbana. Jednak nie to było największym problemem. Talvi była kompletnie nie przyzwyczajona do miasta, nie miała też prawie wcale kontaktu z człowiekiem bliższego niż podanie miski z jedzeniem. Reagowała panicznie na każdy szybszy gest, każde podniesienie ręki. Kuliła się ze strachu nawet pod delikatnym dotykiem okolic szyi i klatki piersiowej. Normalne życie małej miejscowości również ją przerażało. Przejeżdżający opodal samochód, odgłos jadącego daleko pociągu, trzask zamykanych drzwi, ludzie na ulicach - to wszystko było przyczyną paniki, objawiającej się drżeniem całego ciała, chęcią ucieczki na przygiętych łapach z podkulonym ogonem, ślinieniem się, nieprzyjemnym zapachem sierści oraz z pyska, łupieżem oraz niekontrolowanym opróżnianiem gruczołów okołoodbytowych. W zasadzie to nie było tylko jednego elementu - agresji lękowej.

Wyraźnie pewniej natomiast się czuła widząc drugiego psa (merdała wtedy nawet podniesionym do góry ogonem i zapraszała do zabawy) oraz węsząc po różnych śladach w lesie.

Pies jednak był już u mnie a ja przecież chciałam zrobić wszystko, aby uczynić z niego normalnego i miłego towarzysza.

Zaczęłam od podstaw - od zbudowania więzi ze zwierzęciem. Wielką pomocą tutaj był fakt, że Talvi, jak typowy airedale,  jest żarłokiem. Przez ponad 2 tygodnie karmiłam ją wyłącznie z ręki. Pomiędzy głównymi posiłkami dodatkowo były nagrody za każde spojrzenie na mnie, za każde podejście i dotknięcie nosem mojej ręki. Równolegle ćwiczyłam w domu przywołanie. Efekt tego był taki, że już po niecałym tygodniu Talvi łaziła za mną krok w krok po domu i przyglądała się wszystkiemu, co robiłam. Pojawiły się też wyraźne merdnięcia ogonem na mój widok, jak np. wracałam z pracy czy z treningu. Tutaj świadomie naruszyłam propagowaną przez Ian Fennel zasadę ignorowania psa zaraz po przyjściu do domu, ale ważniejsza dla mnie była w tym momencie nagroda za okazywaną na mój widok radość.

Niezależnie od wszystkiego, Talvi szybko, bo już pierwszego dnia, załapała chodzenie po schodach na klatce. Zachęcana smakołykami oraz przykładem pewnej siebie Bestii, zaczęła szybko stawiać pierwsze kroki.

Z dnia na dzień coraz bardziej nabierała zaufania, zmniejszało się ślinienie, po około tygodniu pobytu u mnie przestały jej puszczać gruczoły. W ciągu następnych dwóch tygodni zanikał stopniowo nieprzyjemny zapach sierści i skóry, zastępowany przez zdrowy, typowy psi. Wtedy też mogłam z nią przejść spokojnie przez jedno z najbardziej ruchliwych przejść koło ronda. W drodze powrotnej do domu, po przejściu przez rondo, Talvi dawała drapaka i uciekała w kierunku domu, szczególnie, gdy słyszała za sobą przejeżdżającą ciężarówkę. Niemniej jednak było już możliwe u niej opanowanie i brak paniki.

W trzeci tydzień mieszkania ze mną została ostrzyżona i wytrymowana oraz poszła na pierwszą w swoim życiu imprezę z ludźmi i innymi zwierzętami (PSIAndrzejki :)) Wtedy też już skończyła się jej cieczka i po raz pierwszy spuściłam ją na spacerze ze smyczy. Przybiegała na zawołanie “do mnie” bez problemów i radośnie. Wtedy też miał miejsce zasadniczy przełom i wtedy bardziej trwale zagościła u niej prawdziwa terierowa radość życia i było widać, jak odżyła. Bardzo pomogły jej w tym zaprzyjaźnione owczarki niemieckie - Deva i As. W tym samym czasie w domu przełamane zostały strachy przed bardziej intensywnym kontaktem fizycznym - zaczęła na mnie włazić, przytulać się, mogłam ją bez problemu objąć, z radością też wystawiała brzuch do głaskania. Nauczyła się komend “siad” i “łapa”. I zaczęła spać razem ze mną i Bestią w łóżku. Na spacerach zaczęła załapywać zabawę w ganianego.

Ostatnie dwa tygodnie aż do dzisiaj to utrwalenie tych zachowań. W kwestiach fizjologicznych: zanik łupieżu i nabranie przez sierść żywszych kolorów i połysku, praktycznie całkowity zanik przykrego zapachu i z pyska i w ogóle z całego ciała, zero problemów z gruczołami.

Jeśli idzie o zachowania to ogólnie lęk przed miastem jest mniejszy. Przy średnim natężeniu miejskiego ruchu mogę bez większych problemów przejść się z nią po ulicach, i choć ogon ma nisko, to przez większość czasu nie jest podkulony, ale po prostu sobie zwisa. Pociągi mogą przejeżdżać w odległości niecałych 100 metrów i u Talvi widać co najwyżej objawy lekkiego strachu - opuszczenie ogona, cofnięcie się kilka kroków, a po chwili spojrzenie na mnie - nie ma już reakcji pt. “odwrót i ucieczka”. Bardziej intensyfikować tego bodźca nie chciałam.

Lęki te, które nadal są, i to w stopniu bardzo uciążliwym to:

- ruch miejski o dużym natężeniu

- wszelkiego rodzaju wystrzały, petardy i tym podobne

- obcy ludzie spotkani na drodze - dziś np. skuliła się ze strachu na widok sąsiadów (właścicieli Ali Baby), którzy akurat wracali do domu w chwili, gdy otwierałam drzwi do klatki), potem skulona szła do góry.  Jej strach jest największy, gdy ludzie krzyczą i wykonują nagłe, szybkie ruchy.

- nieznajomi goście odwiedzający mnie

- i coś, co jest chyba najbardziej uciążliwe - wszystkie wymienione wyżej bodźce, ale np. intensywne nie tyle same w sobie, co w stosunku do “tła”. Czyli na przykład - dziś wracałam ze spaceru, była cisza i spokój, szłam koło ogródków działkowych, z których wychodził jakiś pan. Trzasnął furtką zamykając ją, a Talvi od razu - ogon pod siebie i uciekła na odległość jakichś 20 metrów. Identyczna reakcja była innego dnia, gdy usłyszała, jak ktoś w parku złamał z trzaskiem gałąź. Nie chodzi zresztą tylko o dźwięki - wystarczy np., że blisko pojawi się jeden obcy człowiek na rowerze i tez jest wtedy ucieczka. Podobnie, spanikowała wtedy, jak wychodziłyśmy z lecznicy z Devą i przypadkowo Deva została nadepnięta na łapę, zapiszczała, a Talvi zareagowała na to strachem. Zdarza się też Talvi strach przy wyjściu z cichego pomieszczenia w uliczny zgiełk - np. wychodząc z klatki schodowej na zewnątrz, czy z lecznicy. Chociaż i tak nie ma teraz tego, co Talvi robiła jeszcze ze trzy tygodnie temu - dawała susa w pobliski żywopłot i trzeba ją było stamtąd wywlekać. Boi się też joggingowców, choć przyzwyczaiła się do tego, że np. ja biegnę w jej kierunku, więc tutaj myślę, że źródło tkwi w lęku przed obcymi ludźmi, a nie przed bieganiem jako takim.

Ogólnie rzecz biorąc - teraz Talvi jest na tyle zadomowiona i zaaklimatyzowana u mnie, a także na tyle już przywiązała się do mnie i mi ufa, że można z nią zacząć pracę wg systematycznego planu. Najlepszą nagrodą dla niej są smakołyki oraz głaskanie - zresztą jest to chyba najlepsza i najłatwiejsza do “przeprowadzenia” nagroda np. w warunkach ulicznego zgiełku :) W ciągu tych kilku tygodni udało mi się nawiązać z nią na tyle silny kontakt, że na tej podstawie powinna być łatwiejsza dalsza praca.

Zaczynamy po Yule :) Będę się starać systematycznie spisywać postępy i porażki, aby łatwiej było wprowadzać potrzebne modyfikacje planu i aby móc oceniać, na ile możemy sobie pozwolić w kwestii dawkowania bodźców :)

Ciekawa jestem bardzo, jak nam pójdzie :) Jednak dzięki nieocenionej pomocy wetki Wiesi wierzę, że będzie dobrze, że się uda oszlifować potencjał airedale teriera, jaki ma Talvi, niemalże na brylant ;)

8 komentarzy do “6 listopada - 18 grudnia - nowe życie airedale terierki Talvi”

  1. 25 grudnia 2010 @ 17:22Tici

    Dopiero teraz, czytając, w jakim stanie była Talvi, mogę docenić to, co widziałam na zdjęciach. Powodzenia :)

  2. 01 stycznia 2011 @ 15:13Zieleń

    Podziwiam zaangażowanie, ależ to jest ogrom pracy. Życzę powodzenie. Mam nadzieję, że gdy nastąpi etap wprowadzania w życie Talvi kolejnej obcej osoby, to ja będę na liście.

  3. 10 stycznia 2011 @ 14:58Miriel

    Bardzo ładnie napisany, ciekawy wpis, czytałam z przyjemnością i podziwem, ile wysiłku i serca wkładasz w to, żeby pomóc Talvi w przełamaniu lęków. Na pewno już masz w niej wierną psią towarzyszkę, która kochać Cię będzie swoim prostym psim sercem :-) Gratuluję sukcesów, Zair, bo to i sukces, i coś naprawdę wartościowego włożyć tyle pracy, cierpliwości i czułości, by oswoić taką przestraszoną psinę. Życzę Wam wszystkiego dobrego i dużo zdrowia :-)

  4. 13 stycznia 2011 @ 02:03Zair Ugru-nad

    Dzięki Miriel :)
    Nasza zaprzyjaźniona wetka Wiesia uważa, że zwierzaki w naszym życiu nie pojawiają się przypadkowo, że mają do wypełnienia swoją psią/kocią/inną misję. Mi się wydaje, że one nie tylko się same zmieniają w naszym towarzystwie, ale i zmieniają nas. Mnie Talvi ciągle zmienia. Pomagając jej w przezwyciężaniu lęków, sama nabieram większej pewności siebie i większej odwagi w różnych innych decyzjach. Poza tym bardzo mi pomaga w tym Bestia - nieco już wiekowy, ale odważny terier szkocki o spokojnym i zrównoważonym usposobieniu. I jestem zachwycona tym, jak obie dziewczyny teraz trzymają razem sztamę :)

    Kilka lat temu jeszcze nie przypuszczałabym, jak wiele człowiek może się nauczyć od zwierzęcia. Teraz, towarzyszące mi na co dzień psy, są dla mnie nie tylko “członkami stada”, ale również nauczycielami - spokoju, odwagi i szczerości. To jest wspaniałe uczucie :-)

    Pozdrawiam Ciebie i Twoje kociaki :))

  5. 13 stycznia 2011 @ 02:06Zair Ugru-nad

    Ola spoko ;) Myslę, że po prostu odwiedzę Cię razem z Talvi :) Po czym wręczę Ci garść smakoli i będziesz obłaskawiać serdelcię ;) Zwykła parówka czyni cuda :D

  6. 13 stycznia 2011 @ 02:07Zair Ugru-nad

    Tici widziałaś nie tylko na zdjęciach, ale w realu również :D

  7. 13 stycznia 2011 @ 02:43Miriel

    Zair, ta wetka chyba ma rację, ja się z nią zgadzam, myślę, że nie tylko zwierzęta, ale i ludzie i różne zdarzenia pojawiają się w naszym życiu nieprzypadkowo. Zawsze się czegoś uczymy, to znaczy jeśli chcemy i korzystamy z podsuwanym nam lekcji.

    Ja swoją kotkę Milę mam od około siedmiu lat, i wyobraź sobie, że proces oswajania jej trwa nadal :-) A przecież to tyle lat. A dopiero teraz ona czasem odważy się wejść na krzesło na którym siedzę, i siedzi chwilę spokojnie, czasem da się pogłaskać i nie ucieka. Uczę ją też, by jak mnie woła, żebym ją pogłaskała przy jedzeniu, to żeby podeszła do mnie najpierw sama i dała się pogłaskać :-) I dużą rolę w tym oswajaniu Mili spełnia młodsza kotka Łapka, która się do mnie łasi cały czas i chodzi mi prawie po głowie.

    Zwierzaki to coś bardzo pozytywnego :-)
    Pozdrawiam :-)

  8. 20 lutego 2011 @ 15:08Nif

    Jaka piękna opowieść :)) Wspaniale opisałaś Zair wszystkie trudne sprawy, z którymi musiałaś się zmagać i myślę, że w krótkim czasie osiągnęłaś ogromną ilość sukcesów, zarówno zdrowotnych jak i psychologicznych. :)) Myślę również, że Talvi wkrótce będzie znacznie mniej się bała, być może już tylko nieznane odgłosy będą ją niepokoić. Przywyknie :))) Tak się ciesze, że odżyła i że udało Ci się ją wyprowadzić z takiego stanu. Pomocne jest to, że zwierzaki żyją teraźniejszością i są takie szczere i autentyczne :))) Moja Sati ostatnio chronicznie nie znosiła remontu, obce osoby w połączeniu z obcymi, nieprzyjemnymi zapachami farby wywoływały w niej ataki paniki, czasem nawet “kocie krzyki”.Ale udało się je załagodzić, jakoś przywykła a ostatnio jak przyszli znajomi (co prawda już jej znani) wprawdzie trochę się boczyła ale dała się pogłaskać i dość szybko dołączyła do towarzystwa bez dąsów. Myślę, że Talvi stanie się przy Tobie i Besti wspaniałym, kto wie czy nie odważnym i ciekawym świata psem ^ ^ zapomni o strachu i zacznie cieszyć się psim życiem :))))

Skomentuj