Wszelkie nazwy własne i imiona wykorzystane za zgodą Dagnerie :)

Podziękowania za inspiracje :)

***

Był szary, bezwietrzny, jesienny dzień, gdy jechałam przez stepowe równiny północnego Haradu. Niebo było zasnute chmurami, których ciemniejsze pasma układały się na podobieństwo górskich grzbietów, rozciągniętych wzdłuż szerokiego gościńca, wiodącego prosto na wschód. A na horyzoncie widziałam już cel swojej podróży - miasto, z górującymi nad nim wieżami twierdzy.

Dzień później wjechałam do miasta. Otoczył mnie zgiełk przekrzykujących się ludzi i wszechobecny pył. Otarłam rękawem piekące oko. Nie pomogło, pył i tak wciskał się wszędzie. Zaklęłam po cichu, rozglądając się wokół.

I ludzie - smagli, ciemnowłosi, ubrani w wielobarwne, powłóczyste szaty.

Jadąc pomału stępem, przyglądałam się im teraz z uwagą. Na wielu twarzach dostrzegłam, jakże mocno kontrastujące z barwnym strojem, napięcie, smutek i niepewność. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Może to tylko złudzenie, pomyślałam, zatrzymując wzrok na starszym mężczyźnie, który co chwilę nerwowym ruchem przesuwał dłońmi po kiju, którym się podpierał, jednocześnie rozglądając się rozbieganym wzrokiem.

***

- W imieniu władcy witam cię, pani, w progach naszej twierdzy - rosły, uzbrojony w halabardę strażnik skłonił się, przeczytawszy list polecający od Eldacila. - Zechciej chwilę zaczekać, zaraz służący zaprowadzi cię do twojej komnaty. Stajenny zaopiekuje się koniem. - Piękne zwierzę - dodał, spoglądając z podziwem na moja karą klacz, która dumnie podniosła łeb i zarżała, tak jakby wyczuła, że ma się zaprezentować.

- Dziękuję - zeskoczyłam z siodła i odpięłam juki. Poklepałam klacz po szyi.

- Trzymaj się, niebawem cię odwiedzę - zwierzę szturchnęło mnie pyskiem, parsknęło i potrząsnęło głową. - Tak, wiem, że chcesz odpocząć - dodałam.

- Pozwól, pani, pomogę nieść bagaże - wyciągnął ręce.

- Dziękuję za uprzejmość - podałam mu jeden ze sporych worków i poszliśmy w stronę wejścia do twierdzy.

Otoczył mnie znajomy chłód przestronnych korytarzy. Surowe kamienne ściany i łukowate sklepienia przypominały mi trochę Cytadelę w Minas Tirith, ale tutaj było jednak inaczej. Korytarze były puste. Tu i ówdzie przemykał gwardzista lub ktoś ze służby, ale tak, jakby nie chcieli być zauważeni. Mój przewodnik również sprawiał wrażenie nerwowego - co chwilę rozglądał się wokół z obawą, nazbyt widoczną w jego oczach. Postanowiłam jednak, że będę milczeć i nie zadawać żadnych pytań. Spokojnie, na wszystko przyjdzie czas, upominałam siebie, czując chłód stalowego talizmanu, ukrytego pod dubletem i koszulą.

Komnata, w której miałam mieszkać przez najbliższy rok, była przestronna i wygodna, z oknami wychodzącymi na sąsiadujące z miastem niewysokie, malownicze wzgórza, porośnięte trawami oraz tu i ówdzie kępami nieznanych mi drzew. Piękny kraj, pomyślałam. Z żalem, gdyż miałam przeczucie, że piękno to zblednie w ciągu nadchodzącego roku.

***

- Witaj, pani, w moim kraju. Wierzę, że podróż minęła bez przeszkód - wysoki mężczyzna w pełnej zbroi wstał na powitanie. Jego młodszy towarzysz, niewiele ustępujący mu wzrostem, czarnowłosy i w czerń odziany, wpatrywał się we mnie milcząco.

- Witaj, panie. W imieniu szkoły fechtunku Zjednoczonego Królestwa Gondoru przekazuję pozdrowienia i wyrazy szacunku - skłoniłam się lekko, kątem oka obserwując młodszego mężczyznę.

- Wszyscy liczymy na to, że twój uczeń poczyni szybkie postępy - usłyszałam jego głos.

- Postępy zależą od wysiłku i zaangażowania nie tylko nauczyciela, ale i ucznia - odpowiedziałam, i patrząc w przymrużone oczy mężczyzny, dodałam: - a do zaangażowania i wysiłku można przekonać prawie każdego młodego człowieka.

- Lammenie, to JA będę oceniać postępy mojego syna - władca spojrzał wyniośle na młodszego mężczyznę, który odwrócił wzrok, jednak mojej uwadze nie uszedł błysk niechęci, by nie rzec wrogości w jego oczach.

- Zaczniesz zajęcia od jutrzejszego ranka - władca zwrócił się do mnie. - Cały potrzebny sprzęt przygotował nasz zbrojmistrz zgodnie z waszymi wymaganiami. Gwardzista zaprowadzi cię do niego, sprawdź, czy niczego nie brakuje. O zachodzie słońca natomiast zapraszam na wieczorną ucztę. Gdybyś czegokolwiek potrzebowała, daj znać służbie. A teraz muszę odejść, obowiązki mnie wzywają - to mówiąc wstał i w asyście dwóch zbrojnych podążył w kierunku wyjścia. Zanim wyszedł, zatrzymał się jeszcze na chwilę, odwrócił do mnie i lekko skłonił. Odwzajemniłam ukłon, zastanawiając się jednocześnie, czy w wyrazie jego oczu dostrzegłam poparcie, czy może było to tylko moje złudzenie.

***

We śnie ostatnim uderzeniem przecięłam wiązkę ciasno zwiniętego namoczonego siana. Drżącymi z wysiłku rękami uniosłam do ust bukłak z wodą, czując spływający po twarzy pot. Wytarłam starannie klingę miecza i poszłam w stronę domu. Zapadał wieczór, a letnie powietrze wypełniał zapach wilgotnej ziemi, trawy i żywicy. Był tak wyrazisty, że chłonęłam go całą sobą. A później ciepłe światło świec i zapach wosku i drewna, gdy siedziałam z piórem w ręku. Złociste, lekko spienione, świeżo uwarzone piwo w kamionkowym kuflu. I kojący chłód przyjacielskiej dłoni na ramieniu. Kolejny wieczór spisywania wspomnień, historii, życia. Cisza, w której rozbrzmiewał tylko monotonny szum potoku i brzęczenie świerszczy. Uśmiechnęłam się i głęboko odetchnęłam ciepłym powietrzem.

I nagle, gdzieś w oddali, na granicy tej sennej wizji, rozległ się przepełniony bólem krzyk. Bezlitośnie przecinający ciszę  jak miecz ciało wroga, a echo tego krzyku było jak krwawy ślad. Zerwałam się ze snu, łapiąc głęboki wdech i próbując uspokoić łomot oszalałego serca.

Był środek nocy, księżyc zdążył już zajść za pasmem wzgórz i wszędzie panowała cisza.

Tylko przez chwilę.

Krzyk się rozległ ponownie - z oddali, ale jednocześnie blisko. Odruchowo ścisnęłam w dłoni talizman i znieruchomiałam ze strachu. Zawsze dotąd był zimny, nawet w słoneczny, gorący dzień. Teraz czułam w dłoni rozgrzany, prawie że gorący metal.

Co tu się dzieje? - rzuciłam otaczającej mnie ciemności pytanie. Odpowiedział mi ponownie ten sam krzyk, choć słabszy, jakby bardziej bezsilny, ale nie mniej rozpaczliwy.

Wstałam, naciągnęłam pospiesznie spodnie i dublet i zapięłam pas ze sztyletem, po czym uchyliwszy drzwi, wyjrzałam ostrożnie na korytarz. Wokół panowała cisza i nie było widać ani śladu żywej duszy. Co jakiś czas wydawało mi się, że słyszę ów krzyk, a kurczowo ściskany w dłoni talizman zdawał się robić jeszcze bardziej ciepły.

Korytarz skręcał w prawo, potem zaprowadził mnie szerokimi schodami w dół, a w miarę pokonywania odległości do moich uszu dochodziły rozmaite dźwięki, co do których byłam pewna, że ich źródło jest coraz bliżej. Dochodził z którejś z komnat po lewej stronie korytarza. Gniewny i szorstki męski głos, po którym rozpoznałam towarzyszącego władcy tego kraju człowieka imieniem Lammen. Oraz wysoki, przepełniony bólem i strachem głos młodej kobiety, może jeszcze dziewczyny. Nie rozumiałam znaczenia wypowiadanych słów, niemniej jednak domyślałam się ich znaczenia.

Po chwili wszystko ucichło, a cisza, która nastała, była wręcz kłująca. Po chwili usłyszałam odgłos kroków, coraz to bliższy. Przywarłam plecami do ściany, naciągając poły dubletu, aby zasłonić biel lnianej koszuli. Drzwi pobliskiej komnaty otworzyły się, a w żółtawym świetle ujrzałam wysoką, znaną mi sylwetkę mężczyzny. Zmartwiałam ze strachu widząc, jak zmierza w moją stronę. Ścisnęłam w dłoni talizman najmocniej, jak tylko było to możliwe, wyobrażając sobie, że tak naprawdę jestem tylko tutejszą lokalną płaskorzeźbą - jedną z tych, które miejscami zdobiły ściany korytarza. I to taką, która swoją pospolitością nie zwraca niczyjej uwagi.

***

Lammen wyszedł z komnaty Menwyn z pochodnią w ręku, rzucając gniewne spojrzenia na boki. Bardziej niż zwykle zmarszczył brwi, widząc w świetle pełgających płomieni pochodni płaskorzeźbę przedstawiającą młodą kobietę w modnym męskim stroju, ściskającą kurczowo koszulę na piersi jedną ręką, a drugą rękojeść sztyletu za pasem. Głowę miała spuszczoną w dół, przybrawszy przyczajoną, ale jednocześnie waleczną pozę.

- Och, ci artyści, ciekawe, co jeszcze wyrzeźbią - wymamrotał do siebie, po czym znikł w ciemności.

***

[część trzecia nastąpi]


Jeden komentarz do “Krótka historia długiej wędrówki - cz. 2”

  1. 26 lutego 2011 @ 15:12Dagnerie

    Tak… ja już wczoraj się rozpisałam nieco na gg, ale luuubię pisać komcie ^^
    Dzisiaj sobie re-przeczytałam i mnie jedno pozytywnie walnęło. Rozmowa Wojowniczki z Limsesthem vel władcą na powitanie i ta krótka wymiana zdań na linii panów L - L. Chłód i jakaś nieświadoma rywalizacja z tego fragmentu przebijają bardziej, niż u mnie w epilogu “Ludi…” :D Jestem tym absolutnie zachwycona :)

    Ciekawi mnie uczta, może dlatego, że średnio mi się to wyobraża ;)

    O kontraście sen-rzeczywistość, i to takim bardzo obrazowym, już mówiłam wczoraj, o zaskoczeniu rzeźbą też :D Czegoś podobnego jeszcze nie widziałam :)
    Natomiast klimat relacji L - M oddany znakomicie, tyle detali, ile trzeba, co by się postronni w sytuacji zorientowali. A “młoda kobieta, może jeszcze dziewczyna” to mistrzowskie trafienie w samo sedno, dziękuję ^^

Skomentuj