Było chłodne, mgliste popołudnie, gdy nie spiesząc się, jechałam stępem wąską, zarośniętą miejscami drogą. Byle dalej, byle przed siebie. Wszystkie ostatnie wydarzenia przybladły i jakby zlały się w jedno. Było mi wszystko jedno, czy słyszę w pamięci szczęk mieczy czy może odgłos własnych kroków przemierzających skąpaną w słońcu drogę wiodącą przez północny Harad. Choć tam właśnie moje wspomnienia zatrzymały się na dłużej. Tam… na twarzy młodej dziewczyny, w której oczach widać było tyle smutku i strachu, ale i odrobina wdzięczności, na którą nie byłam pewna, czy zasłużyłam.

I wreszcie muzyka. Cały czas brzmiały mi w głowie bębny, dźwięk piszczałek i fletów, a przed oczami miałam ludzi, w beztroskim tańcu dających upust swojej radości. I dwie osoby, szczęśliwe ze sobą i zamykające w sobie swoje życie, w którym dla mnie już przestało istnieć miejsce.

Odjechałam jeszcze zanim wstał świt. Mury Białego Miasta coraz bardziej oddalały się w miarę, jak odruchowo i  irracjonalnie pokonywałam staję za stają na wschód. Z sercem pogrążonym w cieniu tak, jak otaczający mnie krajobraz, ale i w stanie spokoju.

Coś, co się kończy, zwykle staje się początkiem czegoś nowego…

Jeden komentarz do “”

  1. 10 czerwca 2010 @ 22:34Tici

    Kolejny okruch ze snu? Pasuje mi do znanej wcześniej układanki-opowieści. Mam nadzieję, że kiedyś będzie mi dane poznać całość. A tak na razie… idealnie się on wpasowuje w klimat i nastrój tego, co już poznałam.
    Weny życzę!

Skomentuj