Od dłuższego czasu mam styczność z kompletnie nie przemawiającym do mnie stosunkiem do świata. Zaznaczam, że nie chcę ani krytykować konkretnych osób, bo nie o to chodzi - każdy ma prawo odbierać świat, jak chce i szukać sobie w nim miejsca w dowolny sposób. Ja tylko chcę obiektywnie odnieść się do określonej postawy życiowej.

1. Po pierwsze - zarzucanie większości znajomych i otoczeniu samych negatywnych cech i stawianie siebie na tym tle jako jednostki niemal doskonałej, a przynajmniej nieporównanie lepszej pod wieloma względami. A głównym kryterium tego podziału jest uznanie siebie za stojącego na wyższym poziomie cywilizacyjnym/duchowym/emocjonalnym.  Można i tak. Jednak życie ma to do siebie, że styka nas z bardzo wieloma ludźmi - o różnych osobowościach, poglądach, zainteresowaniach. Zmagającymi się w życiu z wieloma problemami, o których często w ogóle nie mówią. Mającymi swoje pragnienia, marzenia, cele do zrealizowania. Czy zasługują oni na negatywne oceny i na przysłowiowego “focha”, tylko dlatego, że są po prostu inni? Że często zwykła proza życia zweryfikowała im dawne wzniosłe marzenia i nie mają czasu na samorozwój? Że z pełną odpowiedzialnością poświęcają swój czas potomstwu, którego chcieli i które kochają? Że świadomie ciężko i dużo pracują, aby dojść do postawionego celu?

Oczywiście, można się od tych wszystkich ludzi odizolować, można stwierdzić, że ich sprawy nie interesują, bo są przyziemne. Tyle, że życie tak się układa, że taka postawa prędzej czy później się boleśnie mści…

2. Po drugie - daleko posunięte moralne osądy innych osób, znanych nie z normalnego codziennego życia, ale np. na bazie ich wypowiedzi i twórczości artystycznej. Podkreślanie na każdym krok dzielących różnic, potępianie przy jednoczesnym podkreślaniu własnej niezwykłości. Ustawianie każdego, kto nie zgadza się z taką postawą, na pozycji wroga. Wartościowanie świata w oparciu o cechy, które nie powinny być wartościowane, ponieważ są osobistą i dopełniającą sferą każdego człowieka i nie mogą podlegać podziałowi na “lepsze/gorsze”. Katolik nie jest wcale osobą mniej wartą od neopoganina, a osoba heteroseksualna od kochającej innego człowieka tej samej płci. Kobieta widząca swoje szczęście w macierzyństwie nie stoi przecież na niższej pozycji niż kobieta, dla której ważniejszy jest realizowany na różne sposoby wewnętrzny rozwój.

Można pisać i mówić o sobie i swoim życiu oraz tym, co jest w nim ważne, w sposób nie krzywdzący, nie wartościujący. Można odrobinę swojej własnej niezwykłości dać światu. Można się dzielić, nie tworząc podziałów. I wtedy często otrzymuje się wdzięczność, uśmiech i miłe słowo, płynące z głębi serca.

3 komentarzy do “Światopoglądowe refleksje”

  1. 05 maja 2010 @ 22:13Miriel

    Piszesz: “Można pisać i mówić o sobie i swoim życiu oraz tym, co jest w nim ważne, w sposób nie krzywdzący, nie wartościujący. Można odrobinę swojej własnej niezwykłości dać światu. Można się dzielić, nie tworząc podziałów”. Oczywiście, że można, ale raczej jest to dosyć trudne… Tacy ludzie już są, aby zapewnić sobie poczucie własnej wartości, potrzebują wierzyć, że to, co myślą i to, jak żyją, jest wyjątkowe, wartościowe, dobre, prawidłowe… to im pozwala dobrze czuć się ze sobą. A od tego już blisko do wniosku, że tylko nasz sposób życia jest prawidłowy, a inne już nie, że to my mamy rację, a inni się mylą. Chociaż prawdziwsze byłoby stwierdzenie, że określony sposób życia jest “najlepszy dla nas”, a inny jest “najlepszy dla kogoś innego”. I wtedy nie ma potrzeby wartościowania.
    Obawiam się, Zair, że oczekiwanie od ludzi tego, by byli tolerancyjni, obiektywni i zawsze pamiętali o względności wartościowania - może Cię tylko rozczarować. Nawet najbardziej tolerancyjny i uważający się za obiektywnego człowiek, w głębi duszy wartościuje i ocenia to, jak żyją inni. Myślę, że ważniejsze, żebyś Ty nie przejmowała się tym, że ktoś ocenia Twoje życie. A ci co oceniają, to jest ich problem, nie ma co tracić na to nerwów. Takie jest moje zdanie.
    Nie każdy przyjaźni się z każdym - nieprzypadkowo. Ludzie jednak potrzebują mieć coś wspólnego, by się przyjaźnić lub chociaż znajomić, i jeśli ktoś różni się od nas w podstawowej kwestii - np. tak jak napisałaś: wywyższa się, ocenia negatywnie wszystkich, którzy się od niego różnią itd. - to nie ma co sobie kimś takim zawracać głowy. Nazwałabym to po prostu różnicą charakterów. I trzeba tę różnicę zaakceptować, a nie na siłę starać się kogoś zmienić, by się z nim zaprzyjaźnić. Każdy ma prawo być sobą, nawet ten, co się ponad wszystkich wywyższa. Ale to nie znaczy, że mamy obowiązek się z nim przyjaźnić…

  2. 05 maja 2010 @ 22:50Zair Ugru-nad

    Dzięki Miriel za mądre słowa :) Zgadzam się z Tobą. Nie twierdzę, że mam słuszność, zresztą zdarza mi się też postępować wobec innych w sposób nie mający nic wspólnego z tolerancją, zdarza mi się irytacja na kogoś z powodu, który nie powinien mieć miejsca, ale jednak… Ale mimo wszystko staram się to sobie uświadamiać…

    A te moje słowa są tylko luźną refleksją, garścią pytań, jakie spokojnie mogę i sobie zadać. I wyciągnąć wnioski, też dla siebie ;)

  3. 14 maja 2010 @ 22:01Tici

    Tak się zbierałam przez ostatnie dni, by napisać… ale ciężko mi to przychodziło. Może więc powiem tylko to, że kiedyś trafiłam na takie zabawne stwierdzenie, że ludzie dzielą się na dwa rodzaje - takich, którzy dzielą innych według różnych kryteriów, i takich, którzy tego nie robią. A zabawne to było, bo była to kwestia wygłoszona przez osobę, która zdanie wcześniej twierdziła, że nie dzieli ludzi. Taka słowna ironia. ;-)
    Mam wrażenie, że w jakiś sposób musimy dzielić otaczających nas ludzi, musimy, by ich rozróżniać, nadawać im pewne określenia - że ta osoba się głośno śmieje, a z kolei tamtej nie należy opowiadać pewnego rodzaju dowcipów, bo nie są one dla niej śmieszne. Tworzymy w swoich umysłach obrazy, mniej lub bardziej szczegółowe, opisujące cechy innych i nasze odczucia względem nich. To chyba naturalny proces…
    I myślę, że wszystko jest w porządku, dopóki nie zaczynamy wartościować, choć tu też kryje się pułapka - bo jeśli nie powinniśmy wartościować, to czy oznacza to, że należy obojętnie podchodzić do tego, że ktoś jest kłótliwy czy skłonny do krzywdzenia innych? A jeśli pewne cechy uznamy za negatywne, to jak daleko możemy się w tym posunąć? Gdzie jest granica między określeniem, że ta cecha mi się nie podoba, a ta jest mi obojętna? I jak to się przenosi na moją relację z tą osobą?
    Ot, takie moje rozważania…

Skomentuj