Listopadowe Sowie Śródziemie

Odwiedziny w Sowim Śródziemiu stały się już stałym punktem wyjazdowych weekendów. Pojechaliśmy do Bielawy w piątek wieczorem, wróciliśmy w niedzielę wieczorem. Pogoda dopisała wyjątkowo - niskie, późnojesienne słońce, błękitne niebo, i cudne światło rozświetlające jeszcze dodatkowo czerwono-złote bukowe i modrzewiowe lasy.

Po przyjeździe do Bielawy, jeszcze późnym wieczorem w piątek, wznieśliśmy toasty za pomyślnie zdane egzaminy na kolejne stopnie uczniowskie w karate - mONY, Jarka, Oli i Kate. Toast wzniesion nie byle czym, bo dobrym aromatycznym dwójniakiem. Poznaliśmy również nowego czworonożnego członka rodziny mONY - marmurkowego jamnika długowłosego o imieniu Lagos, a przezywanego Legosiem ;-)

Sobota upłynęła pod znakiem wędrówki po górkach, w tym przedzierania się na przełaj przez las. Bestia, brodząc po brzuch w liściach była w dziewiątym bestiowym niebie. Przedarlim się, a jakże. Dochodząc tym samym do drogi, na którą powinniśmy wyjść dużo wcześniej, ale chyba ścieżka prowadząca do niej zarosła, w każdym razie przegapiliśmy ją i stąd przymusowy marsz przełajowy. Ale przyjemniejszy o bogaty w okoliczności przyrody - w postaci około dziesięcioosobowego stadka dzików, które przegalopowały przed nami, kryjąc się w rosnącym opodal młodniaku.

Kawałek dalej, przy drodze znaleźliśmy wygodne miejsce na krótki odpoczynek i wypicie puszeczki Żubra. Słońce łagodnie grzało, a my toczyliśmy poważne dysputy na temat szeroko pojętej sztuki wojennej w Europie.

Później poszliśmy dalej do rozdroża szlaków turystycznych, zwanego “Trzy Buki”. mONA przy okazji powiedziała nam, że nazwa tego miejsca wzięła się z tego, że niegdyś rosły tam trzy wiekowe, grube buki, z których teraz został tylko jeden. Choć również staruszek, to jeszcze się ciągle trzyma :)

Z “Trzech Buków” poszliśmy jeszcze kawałek dalej, po czym zawróciliśmy i szeroką drogą wiodącą w dół doszliśmy, oczywiście do “Pstrąga”. W “Pstrągu” było spokojnie i praktycznie pusto. Niedługo potem siedzieliśmy w półmroku przy świetle świec, zajadając się pieczonym na ruszcie pstrągiem. Wspaniałe miejsce - bez niepotrzebnego snobistycznego agro-lansu, trochę surowe, ale właśnie dlatego jedyne i niepowtarzalne w swoim klimacie.

Wieczór już był, gdy dotarliśmy z powrotem do mONY.

Na następny dzień poszliśmy w okolica Góry Parkowej i starego łomiku i na okolicznej łące zrobiliśmy trening. Potem, wygłodniali, zjedliśmy jeszcze iście hobbicką domową pizzę.

Ale niestety później już trzeba było pomyśleć o powrocie… Spakowawszy się, wyjechaliśmy niedługo po zachodzie słońca.

To był piękny i wyjątkowo ciepły weekend jak na listopad, który widać stara się, jak może, aby wynagrodzić pochmurny i deszczowo-śniegowy październik. Góry Sowie pięknie wyglądały w swej jesiennej krasie, pomimo, że niedawne przymrozki pozbawiły buczyny tej najbardziej intensywnej czerwieni.

Osobiście cieszę się, bo udało mi się porobić prawdziwie jesienne zdjęcia - po fatalnym październiku obawiałam się, że na żadne “złote” i “rude” kadry przy ładnym świetle nie ma już szans. Na szczęście się udało i moja potrzeba zbierania jesiennych barw została w sporym stopniu zaspokojona :)

2 komentarzy do “Listopadowe Sowie Śródziemie”

  1. 22 listopada 2009 @ 20:55Tici

    Cieszę się, że tamten wyjazd był tak udany i że pogoda pozwoliła Wam wspólnie poświętować. Kaprysy tegorocznej jesieni są chyba niezbadane, ale dzięki nim mamy kilka pogodnych dni, które uwieczniłaś na zdjęciach. Słusznie nazywasz te okolice Śródziemiem, bo na Twoich zdjęciach są to drogi gdzieś pomiędzy Wichrowym Czubem, a Bruinen - przynajmniej dla mnie :)
    Wielu takich udanych wypadów życzę!

  2. 22 listopada 2009 @ 21:03Zair Ugru-nad

    Tici ja mam nadzieję, że się w końcu uda pojechać na Ślężę i w ogóle w tamte okolice :-) Tam też jest bardzo wiele Śródziemia :-) I ciągle jeszcze niezbadanych tajemnic :-)

Skomentuj