Mieć dokąd wrócić…

Ostatnimi czasy zgłębiam literaturę historyczną, dotyczącą głównie okresu Średniowiecza i Renesansu w Europie. Szczególnym moim zainteresowaniem cieszy się życie społeczne i ogólnie kulturowość ówczesnych ludzi. Wśród książek na specjalną uwagę zasługuje pozycja Czarna Księga Inkwizycji - najsłynniejsze procesy. Jest to rzetelne opracowanie, sięgające do dokumentów źródłowych. Z jednej strony autorzy (Natale Benazzi, Matteo D’ Amico) weryfikują “inkwizycyjny mit”, jaki narósł był przez lata i potwierdzając, że np. częstość wykorzystania tortur była dużo mniejsza niż w przypadku tzw. sądów świeckich. Z drugiej strony jednak - pokazują, w jak mistrzowski sposób Inkwizycja działała na polu terroru psychicznego w stosunku do całych społeczności, roszcząc sobie prawo do władania sumieniem i uczuciami człowieka. Często cytowanym w książce dokumentem źródłowym jest Podręcznik inkwizytora, autorstwa N. Eymericha, wydany w XVI wieku. Oto cytat, który pokazuje istotny cel działania tej instytucji:

Pamiętać trzeba, że podstawowym celem tak procesu, jak i kary śmierci nie jest zbawienie duśzy oskarżonego, ale terroryzowanie ludu, dla dobra publicznego. [...] Nie ma bowiem żadnych wątpliwości, że wychowywanie ludu i utrzymywanie go w strachu, poprzez wyroki, jest rzeczą dobrą i pożądaną.

Ten cel de facto usankcjonowany był literą prawa, ujęty w ściśle i prezycyjnie zdefiniowane procedury “prawne”. I wszystko to sprawiało, że Inkwizycja była sprawnie działającym organem biurokratycznym, bezwzględnym w swojej precyzji w wywoływaniu w całych społecznościoach lokalnych atmosfery strachu i sprawiającym wrażenie ziemskiej, doczesnej implementacji Sądu Bożego.
Ta niezbyt gruba książka jest pod tym względem literaturą wstrząsającą, szczególnie, gdy jest czytana przez kogoś, dla kogo wolność sumienia, religii / wyznania jest dobrem osobistym i niepodważalnym, a jednocześnie mającego wykształconą wyobraźnię - bo w tym momencie nietrudno sobie wyobrazić sytuację zwykłego człowieka w owych czasach. Nad którym cały czas widnieje groźba - nie tortur - ale kompletnej banicji, wykluczenia ze społeczeństwa - za własne, osobiste myśli i uczucia.

I to jest straszne i wstrząsające. I dlatego cieszę się, że żyję w tym, a nie tamtym czasie, i że mogę, kiedy tylko tego potrzebuję, odnaleźć spokój skołatanego ducha ;) w Śródziemiu. Tymi słowami zamykam przeczytaną w jednej czwartej książkę, o której mowa w niniejszym tekście i oddaję się lekturze Władcy Pierścieni.

Inaczej nie da rady.

Wszelkie nazwy własne i imiona wykorzystane za zgodą Dagnerie :)

Podziękowania za inspiracje :)

***

Był szary, bezwietrzny, jesienny dzień, gdy jechałam przez stepowe równiny północnego Haradu. Niebo było zasnute chmurami, których ciemniejsze pasma układały się na podobieństwo górskich grzbietów, rozciągniętych wzdłuż szerokiego gościńca, wiodącego prosto na wschód. A na horyzoncie widziałam już cel swojej podróży - miasto, z górującymi nad nim wieżami twierdzy.

Dzień później wjechałam do miasta. Otoczył mnie zgiełk przekrzykujących się ludzi i wszechobecny pył. Otarłam rękawem piekące oko. Nie pomogło, pył i tak wciskał się wszędzie. Zaklęłam po cichu, rozglądając się wokół.

I ludzie - smagli, ciemnowłosi, ubrani w wielobarwne, powłóczyste szaty.

Jadąc pomału stępem, przyglądałam się im teraz z uwagą. Na wielu twarzach dostrzegłam, jakże mocno kontrastujące z barwnym strojem, napięcie, smutek i niepewność. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Może to tylko złudzenie, pomyślałam, zatrzymując wzrok na starszym mężczyźnie, który co chwilę nerwowym ruchem przesuwał dłońmi po kiju, którym się podpierał, jednocześnie rozglądając się rozbieganym wzrokiem.

***

- W imieniu władcy witam cię, pani, w progach naszej twierdzy - rosły, uzbrojony w halabardę strażnik skłonił się, przeczytawszy list polecający od Eldacila. - Zechciej chwilę zaczekać, zaraz służący zaprowadzi cię do twojej komnaty. Stajenny zaopiekuje się koniem. - Piękne zwierzę - dodał, spoglądając z podziwem na moja karą klacz, która dumnie podniosła łeb i zarżała, tak jakby wyczuła, że ma się zaprezentować.

- Dziękuję - zeskoczyłam z siodła i odpięłam juki. Poklepałam klacz po szyi.

- Trzymaj się, niebawem cię odwiedzę - zwierzę szturchnęło mnie pyskiem, parsknęło i potrząsnęło głową. - Tak, wiem, że chcesz odpocząć - dodałam.

- Pozwól, pani, pomogę nieść bagaże - wyciągnął ręce.

- Dziękuję za uprzejmość - podałam mu jeden ze sporych worków i poszliśmy w stronę wejścia do twierdzy.

Otoczył mnie znajomy chłód przestronnych korytarzy. Surowe kamienne ściany i łukowate sklepienia przypominały mi trochę Cytadelę w Minas Tirith, ale tutaj było jednak inaczej. Korytarze były puste. Tu i ówdzie przemykał gwardzista lub ktoś ze służby, ale tak, jakby nie chcieli być zauważeni. Mój przewodnik również sprawiał wrażenie nerwowego - co chwilę rozglądał się wokół z obawą, nazbyt widoczną w jego oczach. Postanowiłam jednak, że będę milczeć i nie zadawać żadnych pytań. Spokojnie, na wszystko przyjdzie czas, upominałam siebie, czując chłód stalowego talizmanu, ukrytego pod dubletem i koszulą.

Komnata, w której miałam mieszkać przez najbliższy rok, była przestronna i wygodna, z oknami wychodzącymi na sąsiadujące z miastem niewysokie, malownicze wzgórza, porośnięte trawami oraz tu i ówdzie kępami nieznanych mi drzew. Piękny kraj, pomyślałam. Z żalem, gdyż miałam przeczucie, że piękno to zblednie w ciągu nadchodzącego roku.

***

- Witaj, pani, w moim kraju. Wierzę, że podróż minęła bez przeszkód - wysoki mężczyzna w pełnej zbroi wstał na powitanie. Jego młodszy towarzysz, niewiele ustępujący mu wzrostem, czarnowłosy i w czerń odziany, wpatrywał się we mnie milcząco.

- Witaj, panie. W imieniu szkoły fechtunku Zjednoczonego Królestwa Gondoru przekazuję pozdrowienia i wyrazy szacunku - skłoniłam się lekko, kątem oka obserwując młodszego mężczyznę.

- Wszyscy liczymy na to, że twój uczeń poczyni szybkie postępy - usłyszałam jego głos.

- Postępy zależą od wysiłku i zaangażowania nie tylko nauczyciela, ale i ucznia - odpowiedziałam, i patrząc w przymrużone oczy mężczyzny, dodałam: - a do zaangażowania i wysiłku można przekonać prawie każdego młodego człowieka.

- Lammenie, to JA będę oceniać postępy mojego syna - władca spojrzał wyniośle na młodszego mężczyznę, który odwrócił wzrok, jednak mojej uwadze nie uszedł błysk niechęci, by nie rzec wrogości w jego oczach.

- Zaczniesz zajęcia od jutrzejszego ranka - władca zwrócił się do mnie. - Cały potrzebny sprzęt przygotował nasz zbrojmistrz zgodnie z waszymi wymaganiami. Gwardzista zaprowadzi cię do niego, sprawdź, czy niczego nie brakuje. O zachodzie słońca natomiast zapraszam na wieczorną ucztę. Gdybyś czegokolwiek potrzebowała, daj znać służbie. A teraz muszę odejść, obowiązki mnie wzywają - to mówiąc wstał i w asyście dwóch zbrojnych podążył w kierunku wyjścia. Zanim wyszedł, zatrzymał się jeszcze na chwilę, odwrócił do mnie i lekko skłonił. Odwzajemniłam ukłon, zastanawiając się jednocześnie, czy w wyrazie jego oczu dostrzegłam poparcie, czy może było to tylko moje złudzenie.

***

We śnie ostatnim uderzeniem przecięłam wiązkę ciasno zwiniętego namoczonego siana. Drżącymi z wysiłku rękami uniosłam do ust bukłak z wodą, czując spływający po twarzy pot. Wytarłam starannie klingę miecza i poszłam w stronę domu. Zapadał wieczór, a letnie powietrze wypełniał zapach wilgotnej ziemi, trawy i żywicy. Był tak wyrazisty, że chłonęłam go całą sobą. A później ciepłe światło świec i zapach wosku i drewna, gdy siedziałam z piórem w ręku. Złociste, lekko spienione, świeżo uwarzone piwo w kamionkowym kuflu. I kojący chłód przyjacielskiej dłoni na ramieniu. Kolejny wieczór spisywania wspomnień, historii, życia. Cisza, w której rozbrzmiewał tylko monotonny szum potoku i brzęczenie świerszczy. Uśmiechnęłam się i głęboko odetchnęłam ciepłym powietrzem.

I nagle, gdzieś w oddali, na granicy tej sennej wizji, rozległ się przepełniony bólem krzyk. Bezlitośnie przecinający ciszę  jak miecz ciało wroga, a echo tego krzyku było jak krwawy ślad. Zerwałam się ze snu, łapiąc głęboki wdech i próbując uspokoić łomot oszalałego serca.

Był środek nocy, księżyc zdążył już zajść za pasmem wzgórz i wszędzie panowała cisza.

Tylko przez chwilę.

Krzyk się rozległ ponownie - z oddali, ale jednocześnie blisko. Odruchowo ścisnęłam w dłoni talizman i znieruchomiałam ze strachu. Zawsze dotąd był zimny, nawet w słoneczny, gorący dzień. Teraz czułam w dłoni rozgrzany, prawie że gorący metal.

Co tu się dzieje? - rzuciłam otaczającej mnie ciemności pytanie. Odpowiedział mi ponownie ten sam krzyk, choć słabszy, jakby bardziej bezsilny, ale nie mniej rozpaczliwy.

Wstałam, naciągnęłam pospiesznie spodnie i dublet i zapięłam pas ze sztyletem, po czym uchyliwszy drzwi, wyjrzałam ostrożnie na korytarz. Wokół panowała cisza i nie było widać ani śladu żywej duszy. Co jakiś czas wydawało mi się, że słyszę ów krzyk, a kurczowo ściskany w dłoni talizman zdawał się robić jeszcze bardziej ciepły.

Korytarz skręcał w prawo, potem zaprowadził mnie szerokimi schodami w dół, a w miarę pokonywania odległości do moich uszu dochodziły rozmaite dźwięki, co do których byłam pewna, że ich źródło jest coraz bliżej. Dochodził z którejś z komnat po lewej stronie korytarza. Gniewny i szorstki męski głos, po którym rozpoznałam towarzyszącego władcy tego kraju człowieka imieniem Lammen. Oraz wysoki, przepełniony bólem i strachem głos młodej kobiety, może jeszcze dziewczyny. Nie rozumiałam znaczenia wypowiadanych słów, niemniej jednak domyślałam się ich znaczenia.

Po chwili wszystko ucichło, a cisza, która nastała, była wręcz kłująca. Po chwili usłyszałam odgłos kroków, coraz to bliższy. Przywarłam plecami do ściany, naciągając poły dubletu, aby zasłonić biel lnianej koszuli. Drzwi pobliskiej komnaty otworzyły się, a w żółtawym świetle ujrzałam wysoką, znaną mi sylwetkę mężczyzny. Zmartwiałam ze strachu widząc, jak zmierza w moją stronę. Ścisnęłam w dłoni talizman najmocniej, jak tylko było to możliwe, wyobrażając sobie, że tak naprawdę jestem tylko tutejszą lokalną płaskorzeźbą - jedną z tych, które miejscami zdobiły ściany korytarza. I to taką, która swoją pospolitością nie zwraca niczyjej uwagi.

***

Lammen wyszedł z komnaty Menwyn z pochodnią w ręku, rzucając gniewne spojrzenia na boki. Bardziej niż zwykle zmarszczył brwi, widząc w świetle pełgających płomieni pochodni płaskorzeźbę przedstawiającą młodą kobietę w modnym męskim stroju, ściskającą kurczowo koszulę na piersi jedną ręką, a drugą rękojeść sztyletu za pasem. Głowę miała spuszczoną w dół, przybrawszy przyczajoną, ale jednocześnie waleczną pozę.

- Och, ci artyści, ciekawe, co jeszcze wyrzeźbią - wymamrotał do siebie, po czym znikł w ciemności.

***

[część trzecia nastąpi]


Kolejny wpis odmienny od przyjętego niegdyś przeze mnie “kanonu”.

Z niezależnych od nas wszystkich powodów zostałam głównym koordynatorem wrocławskiej sekcji treningowej ARMA-PL, i to w czasie, który wydaje się być swojego rodzaju przełomem. Bowiem kwestią tygodni jest, aby polski oddział ARMA zaistniał jako prawnie usankcjonowane stowarzyszenie.

W tym wszystkim czuję determinację, aby osiągnąć z wrocławską grupą naprawdę wysoki poziom, aby rozwinąć szersze kontakty z innymi grupami treningowymi oraz bardziej rozpowszechnić Dawne Europejskie Sztuki Walki, bo one są tego warte. Tak, aby zwerbować większą liczbę zapaleńców chcących dzielić i rozwijać tą pasję :)

Tymczasem pora przygotować się do zjazdu założycielskiego naszego stowarzyszenia i do prezentacji, oddającej to, czym w naszej grupie się zajmujemy :)

Ten wpis będzie odmienny, ale potrzebne mi jest krótkie podsumowanie w celu dalszej pracy. Jest to też zaraz pierwszy, który opisuje postępy pracy nad socjalizacją Talvi.

Talvi - półtoraroczna sunia airedale teriera trafiła do mnie, wyciągnięta z masakrycznych warunków podzamojskiej pseudohodowli. Niekompletny tatuaż w uszku nie pozwolił jak dotąd na ustalenie, skąd sunia pochodzi, ale jeszcze będziemy próbować :)

Była pochmurna i deszczowa niedziela, kiedy wczesnym rankiem przyjechaliśmy z Talvi do mojego domu. Talvi była zarośnięta, skrajnie brudna, z chorymi uszami i kompletnie zaniedbana. Jednak nie to było największym problemem. Talvi była kompletnie nie przyzwyczajona do miasta, nie miała też prawie wcale kontaktu z człowiekiem bliższego niż podanie miski z jedzeniem. Reagowała panicznie na każdy szybszy gest, każde podniesienie ręki. Kuliła się ze strachu nawet pod delikatnym dotykiem okolic szyi i klatki piersiowej. Normalne życie małej miejscowości również ją przerażało. Przejeżdżający opodal samochód, odgłos jadącego daleko pociągu, trzask zamykanych drzwi, ludzie na ulicach - to wszystko było przyczyną paniki, objawiającej się drżeniem całego ciała, chęcią ucieczki na przygiętych łapach z podkulonym ogonem, ślinieniem się, nieprzyjemnym zapachem sierści oraz z pyska, łupieżem oraz niekontrolowanym opróżnianiem gruczołów okołoodbytowych. W zasadzie to nie było tylko jednego elementu - agresji lękowej.

Wyraźnie pewniej natomiast się czuła widząc drugiego psa (merdała wtedy nawet podniesionym do góry ogonem i zapraszała do zabawy) oraz węsząc po różnych śladach w lesie.

Pies jednak był już u mnie a ja przecież chciałam zrobić wszystko, aby uczynić z niego normalnego i miłego towarzysza.

Zaczęłam od podstaw - od zbudowania więzi ze zwierzęciem. Wielką pomocą tutaj był fakt, że Talvi, jak typowy airedale,  jest żarłokiem. Przez ponad 2 tygodnie karmiłam ją wyłącznie z ręki. Pomiędzy głównymi posiłkami dodatkowo były nagrody za każde spojrzenie na mnie, za każde podejście i dotknięcie nosem mojej ręki. Równolegle ćwiczyłam w domu przywołanie. Efekt tego był taki, że już po niecałym tygodniu Talvi łaziła za mną krok w krok po domu i przyglądała się wszystkiemu, co robiłam. Pojawiły się też wyraźne merdnięcia ogonem na mój widok, jak np. wracałam z pracy czy z treningu. Tutaj świadomie naruszyłam propagowaną przez Ian Fennel zasadę ignorowania psa zaraz po przyjściu do domu, ale ważniejsza dla mnie była w tym momencie nagroda za okazywaną na mój widok radość.

Niezależnie od wszystkiego, Talvi szybko, bo już pierwszego dnia, załapała chodzenie po schodach na klatce. Zachęcana smakołykami oraz przykładem pewnej siebie Bestii, zaczęła szybko stawiać pierwsze kroki.

Z dnia na dzień coraz bardziej nabierała zaufania, zmniejszało się ślinienie, po około tygodniu pobytu u mnie przestały jej puszczać gruczoły. W ciągu następnych dwóch tygodni zanikał stopniowo nieprzyjemny zapach sierści i skóry, zastępowany przez zdrowy, typowy psi. Wtedy też mogłam z nią przejść spokojnie przez jedno z najbardziej ruchliwych przejść koło ronda. W drodze powrotnej do domu, po przejściu przez rondo, Talvi dawała drapaka i uciekała w kierunku domu, szczególnie, gdy słyszała za sobą przejeżdżającą ciężarówkę. Niemniej jednak było już możliwe u niej opanowanie i brak paniki.

W trzeci tydzień mieszkania ze mną została ostrzyżona i wytrymowana oraz poszła na pierwszą w swoim życiu imprezę z ludźmi i innymi zwierzętami (PSIAndrzejki :)) Wtedy też już skończyła się jej cieczka i po raz pierwszy spuściłam ją na spacerze ze smyczy. Przybiegała na zawołanie “do mnie” bez problemów i radośnie. Wtedy też miał miejsce zasadniczy przełom i wtedy bardziej trwale zagościła u niej prawdziwa terierowa radość życia i było widać, jak odżyła. Bardzo pomogły jej w tym zaprzyjaźnione owczarki niemieckie - Deva i As. W tym samym czasie w domu przełamane zostały strachy przed bardziej intensywnym kontaktem fizycznym - zaczęła na mnie włazić, przytulać się, mogłam ją bez problemu objąć, z radością też wystawiała brzuch do głaskania. Nauczyła się komend “siad” i “łapa”. I zaczęła spać razem ze mną i Bestią w łóżku. Na spacerach zaczęła załapywać zabawę w ganianego.

Ostatnie dwa tygodnie aż do dzisiaj to utrwalenie tych zachowań. W kwestiach fizjologicznych: zanik łupieżu i nabranie przez sierść żywszych kolorów i połysku, praktycznie całkowity zanik przykrego zapachu i z pyska i w ogóle z całego ciała, zero problemów z gruczołami.

Jeśli idzie o zachowania to ogólnie lęk przed miastem jest mniejszy. Przy średnim natężeniu miejskiego ruchu mogę bez większych problemów przejść się z nią po ulicach, i choć ogon ma nisko, to przez większość czasu nie jest podkulony, ale po prostu sobie zwisa. Pociągi mogą przejeżdżać w odległości niecałych 100 metrów i u Talvi widać co najwyżej objawy lekkiego strachu - opuszczenie ogona, cofnięcie się kilka kroków, a po chwili spojrzenie na mnie - nie ma już reakcji pt. “odwrót i ucieczka”. Bardziej intensyfikować tego bodźca nie chciałam.

Lęki te, które nadal są, i to w stopniu bardzo uciążliwym to:

- ruch miejski o dużym natężeniu

- wszelkiego rodzaju wystrzały, petardy i tym podobne

- obcy ludzie spotkani na drodze - dziś np. skuliła się ze strachu na widok sąsiadów (właścicieli Ali Baby), którzy akurat wracali do domu w chwili, gdy otwierałam drzwi do klatki), potem skulona szła do góry.  Jej strach jest największy, gdy ludzie krzyczą i wykonują nagłe, szybkie ruchy.

- nieznajomi goście odwiedzający mnie

- i coś, co jest chyba najbardziej uciążliwe - wszystkie wymienione wyżej bodźce, ale np. intensywne nie tyle same w sobie, co w stosunku do “tła”. Czyli na przykład - dziś wracałam ze spaceru, była cisza i spokój, szłam koło ogródków działkowych, z których wychodził jakiś pan. Trzasnął furtką zamykając ją, a Talvi od razu - ogon pod siebie i uciekła na odległość jakichś 20 metrów. Identyczna reakcja była innego dnia, gdy usłyszała, jak ktoś w parku złamał z trzaskiem gałąź. Nie chodzi zresztą tylko o dźwięki - wystarczy np., że blisko pojawi się jeden obcy człowiek na rowerze i tez jest wtedy ucieczka. Podobnie, spanikowała wtedy, jak wychodziłyśmy z lecznicy z Devą i przypadkowo Deva została nadepnięta na łapę, zapiszczała, a Talvi zareagowała na to strachem. Zdarza się też Talvi strach przy wyjściu z cichego pomieszczenia w uliczny zgiełk - np. wychodząc z klatki schodowej na zewnątrz, czy z lecznicy. Chociaż i tak nie ma teraz tego, co Talvi robiła jeszcze ze trzy tygodnie temu - dawała susa w pobliski żywopłot i trzeba ją było stamtąd wywlekać. Boi się też joggingowców, choć przyzwyczaiła się do tego, że np. ja biegnę w jej kierunku, więc tutaj myślę, że źródło tkwi w lęku przed obcymi ludźmi, a nie przed bieganiem jako takim.

Ogólnie rzecz biorąc - teraz Talvi jest na tyle zadomowiona i zaaklimatyzowana u mnie, a także na tyle już przywiązała się do mnie i mi ufa, że można z nią zacząć pracę wg systematycznego planu. Najlepszą nagrodą dla niej są smakołyki oraz głaskanie - zresztą jest to chyba najlepsza i najłatwiejsza do “przeprowadzenia” nagroda np. w warunkach ulicznego zgiełku :) W ciągu tych kilku tygodni udało mi się nawiązać z nią na tyle silny kontakt, że na tej podstawie powinna być łatwiejsza dalsza praca.

Zaczynamy po Yule :) Będę się starać systematycznie spisywać postępy i porażki, aby łatwiej było wprowadzać potrzebne modyfikacje planu i aby móc oceniać, na ile możemy sobie pozwolić w kwestii dawkowania bodźców :)

Ciekawa jestem bardzo, jak nam pójdzie :) Jednak dzięki nieocenionej pomocy wetki Wiesi wierzę, że będzie dobrze, że się uda oszlifować potencjał airedale teriera, jaki ma Talvi, niemalże na brylant ;)

Niniejszy tekst jest luźną, samodzielną literacką impresją, umiejscowioną w Śródziemiu IV Ery, a potrzeba jej stworzenia wynikła z dawnej już lektury krótkiego opowiadania autorstwa Dagnerie, w którym to przez chwilę wirtualnie goszczę w jej świecie.

Być może tekst ten stanie się jednym z kawałków całej mojej własnej opowieści, w której jest ciągle bardzo dużo dziur. Chwilowo jednak wena twórcza tą akurat drogą domagała się swojego głosu :)

***

Potok z jednostajnym szumem toczył swoje wody. Tu i ówdzie promienie słońca rozszczepiały się kolorami tęczy na kropelkach wody, unoszących się w powietrzu przy wodospadzie.

Po raz kolejny przeczytałam list, jaki przekazał mi Eldacil podczas mojej ostatniej wizyty w Minas Tirith. Westchnęłam głęboko i zamyśliłam się, czując, jak targają mną wątpliwości.

Treść listu, napisana energicznym i wyraźnym charakterem pisma, była krótka i rzeczowa. Oto władca jednego z krajów w Haradzie poszukuje osobistego nauczyciela fechtunku dla swojego dorastającego syna i prosi o polecenie mu kompetentnych w tym zakresie osób. Oferując roczne utrzymanie wraz z wysoką zapłatą za udzielane przez ten czas, codzienne lekcje.

Wróciłam pamięcią do rozmowy z Eldacilem.

- Wiesz dobrze, że do nauki szermierki mógłbym polecić co najmniej kilku dobrych nauczycieli. A tutaj chodzi jeszcze o coś innego - siwowłosy wojownik rozłożył mapę i dotknął drewnianym wskaźnikiem miejsca, gdzie leżał ów kraj.

- Jak rozumiem, istnieje tam coś, na co powinnam zwrócić uwagę. Czyli mam do wypełnienia misję zwiadowcy?

Na twarzy Eldacila malowała sie powaga.

- W pewnym sensie. Jestem pewien, że bez problemu dostrzeżesz dowody czegoś, co podejrzewam od już długiego czasu.

Uspokoiłam przyspieszone bicie serca, domyśliłam się bowiem, o co chodzi Eldacilowi.

- Magii - stwierdziłam, choć planowałam spytać.

- Konkretnie nekromancji.

W komnacie na dłuższą chwilę zapanowało milczenie. Serce znów zaczęło bić mi szybciej.

- A nie uważasz, że ten list może być zwyczajnie pułapką? Wiesz, Eldacilu, życie jest mi miłe i po tym, co już przeżyłam, nie mam specjalnie ochoty znów nadstawiać karku.

- Nie sądzę. Jakiś czas temu wysłałem tam zaufanych ludzi jako kupców. Ów władca ma własne, osobiste powody, aby maksymalnie dobrze wykształcić syna. Sam bowiem obawia się konkurencji i utraty władzy. I szuka kogoś… z zewnątrz, spoza własnego kraju. Niepokoi mnie ta cała sytuacja. Tam, na południu rośnie siła, opierając się na czymś, co w naszym świecie odbierane jest jako legenda.

- I ja mam pomóc temu władcy, a pod pozorem tej pomocy zdobyć wiadomości i dowody na praktykowanie przez niego nekromancji oraz wyśledzić jego strategiczne plany?

Eldacil podszedł do mnie zacisnął dłoń na moim ramieniu. Na jego twarzy malowała się rozterka i zmieszanie.

- Wiem, że nie jestem w porządku prosząc cię o to. Też boli mnie związana z tym konieczność opuszczenia przez ciebie domu. I… rozstania. Jeśli odmówisz, zrozumiem. Ale z drugiej strony jesteś jedyną osobą, która oprócz umiejętności fechtunku, potrafi coś więcej… sama wiesz, co. Przemyśl to. Proszę.

Popatrzyłam mu w oczy.

- Dobrze. Przemyślę. Ale w przypadku gdybym się podjęła tego zadania, będę cię prosić o jedną, przyjacielską przysługę.

- Cokolwiek zechcesz - w oczach Eldacila widać było gotowość na wszystko. Tak bardzo ci zależy, pomyślałam. Dlaczego?

- Odwiedź czasami dolinę. Odwiedź… JEGO.

***

Na ramieniu poczułam znajomy, chłodny dotyk. Podniosłam głowę i spojrzałam na tak dobrze znaną postać.

- I jaka jest twoja decyzja? - spytał.

- Nie wiem. Ale chyba powinnam sie zgodzić.

Usiadł obok na płaskim kamieniu.

- Wiesz, że to ważna sprawa. Rok minie szybko. Wiele się nauczysz, a może i zyskasz wdzięczność u kogoś, o kim nie wiesz jeszcze, że w ogóle istnieje? - Objął mnie przyjacielskim gestem. - Gdybym miał złe przeczucia, odradzałbym. Zachowaj tylko maksymalną ostrożność… i nie zdradź się. Tamten kraj… - zamyślił się na chwilę. - owszem, sięga w stronę sił, w których władaniu i ja w pewnym sensie ciągle jestem. Ale on się z czasem pogrąży w pętli własnego obłędu i nienazwanych pragnień i nie będzie w stanie samodzielnie jej przerwać. Chyba, że tobie się uda pozostawić tam coś, co może się okazać niegdyś nieocenioną pomocą. A Eldacil ma rację, proponując tobie to zadanie - znasz broń, którą włada tamten… człowiek. I jej ograniczenia.

Pod wpływem tych słów poczułam lekką ulgę. Mój mistrz i przyjaciel miał rację. Uśmiechnęłam się do niego lekko i skinęłam głową.

- W porządku zatem. Z taką intencją tam pojadę.

- Chodź ze mną - wstał i podał mi rękę.

Weszliśmy do izby stojącego opodal drewnianego domu. Domu, który stał się miejscem, o jakim nigdy nie marzyłam, ale które zdawało się spełniać jednocześnie najśmielsze, choć nigdy nie nazwane pragnienia.

Mój przyjaciel ze stojącej w kącie skrzyni wyciągnął nieduży połyskujący srebrzyście krążek z przyczepionym do niego rzemieniem i podał mi. Wykonany był ze zwykłej stali, przedstawiał skomplikowany wielokąt wpisany w krąg z misternie splecionych roślinnych ornamentów.

- To jest talizman, który pomoże, choć w ograniczony sposób, przesłać to, co zobaczysz lub też usłyszysz. Dzięki niemu powinnaś też odbierać bliżej moją obecność. Myślę, że pomoże to nam obojgu. Jest również bardzo trudny do wykrycia przez jakiekolwiek próby magicznej identyfikacji. Noś go głęboko, lepiej, aby nikt go nie widział - to mówiąc wziął talizman i założył mi go na szyję.

- Dziękuję - odpowiedziałam, wsuwając talizman pod koszulę. Poczułam na piersi chłodny dotyk metalu. - Wiesz… - spojrzałam na towarzysza. - Chyba nie powinnam mieć tam przy sobie miecza, który mam od ciebie. Może zwrócić uwagę tamtego władcy.

- Nie ma problemu - w brzmieniu jego głosu wyczułam uśmiech. - Mamy jeszcze trochę czasu, zrobimy więc wspólnie taki, który nie będzie się rzucać w oczy. Prosty, ale godny nauczyciela. A ten - wskazał na leżącą na stole broń - zostaw mi pod opieką.

Roześmiałam się.

- Przecież nikomu innemu bym go nie dała.

- W takim razie za wspólne dzieło. I za powodzenie misji na dalekim południu - wyciągnął do mnie ręce. Uścisnęłam je mocno i przez dłuższą chwilę staliśmy tak w milczeniu, patrząc na siebie. - Chodźmy - pociągnął mnie w stronę wyjścia i udaliśmy się do kuźni.

Miesiąc później byłam już gotowa do drogi. Doszliśmy razem prawie do wylotu doliny.

- Weź jeszcze to - podał mi niewielkie, niezbyt ciężkie mocno ściągnięte rzemieniami zawiniątko. - Jestem pewien, że się przyda.

- Dziękuję… co to jest? - spytałam zdziwiona.

- Zobaczysz, jak już dotrzesz na miejsce. Uważaj na siebie.

- Ty również. Nie mam zamiaru spędzić tam ani dnia dłużej, niż będzie to niezbędne.

- Będę czekał, aż wrócisz.

- Poprosiłam Eldacila, aby cię odwiedził od czasu do czasu, o ile tylko sie zgodzisz. On i tak o wszystkim wie, a na pewno nie zabraknie wam wspólnych tematów. Jeśli nie masz nic przeciwko, przekażę to Eldacilowi po drodze.

- Mnie? Odwiedzi? Tutaj?… - w głosie mojego mistrza zabrzmiało zdziwienie. - Dziękuję… Ale nie spodziewałem się… - dodał po chwili.

Uśmiechnęłam się.

- Owocnych rozmów wam obu życzę. A wino jest w spiżarce, gdyby było mu potrzebne… na rozluźnienie - dodałam po chwili i mrugnęłam porozumiewawczo.

Wyczułam uśmiech z jego strony - znacznie mocniej niż kiedykolwiek. To przecież talizman, uświadomiłam sobie, jednak tą chwilę przede wszystkim chciałam zapamiętać.

Na pożegnanie uściskaliśmy się jak dobrzy, wieloletni przyjaciele.

Przyjaciele, dla których wspólna droga rozpoczęła się goryczą, strachem i poczuciem nieskończonej samotności, a potem stała się jedyną możliwą, której towarzyszy szczęście, mimo że nie jest ono łatwe, pomyślałam. I choć ciekawość i chęć ujrzenia dalekiego kraju, o którym tak wiele słyszałam, gnała mnie naprzód, to wiedziałam, że tym większa będzie moja radość, gdy wrócę.

Było chłodne, mgliste popołudnie, gdy nie spiesząc się, jechałam stępem wąską, zarośniętą miejscami drogą. Byle dalej, byle przed siebie. Wszystkie ostatnie wydarzenia przybladły i jakby zlały się w jedno. Było mi wszystko jedno, czy słyszę w pamięci szczęk mieczy czy może odgłos własnych kroków przemierzających skąpaną w słońcu drogę wiodącą przez północny Harad. Choć tam właśnie moje wspomnienia zatrzymały się na dłużej. Tam… na twarzy młodej dziewczyny, w której oczach widać było tyle smutku i strachu, ale i odrobina wdzięczności, na którą nie byłam pewna, czy zasłużyłam.

I wreszcie muzyka. Cały czas brzmiały mi w głowie bębny, dźwięk piszczałek i fletów, a przed oczami miałam ludzi, w beztroskim tańcu dających upust swojej radości. I dwie osoby, szczęśliwe ze sobą i zamykające w sobie swoje życie, w którym dla mnie już przestało istnieć miejsce.

Odjechałam jeszcze zanim wstał świt. Mury Białego Miasta coraz bardziej oddalały się w miarę, jak odruchowo i  irracjonalnie pokonywałam staję za stają na wschód. Z sercem pogrążonym w cieniu tak, jak otaczający mnie krajobraz, ale i w stanie spokoju.

Coś, co się kończy, zwykle staje się początkiem czegoś nowego…

Od dłuższego czasu mam styczność z kompletnie nie przemawiającym do mnie stosunkiem do świata. Zaznaczam, że nie chcę ani krytykować konkretnych osób, bo nie o to chodzi - każdy ma prawo odbierać świat, jak chce i szukać sobie w nim miejsca w dowolny sposób. Ja tylko chcę obiektywnie odnieść się do określonej postawy życiowej.

1. Po pierwsze - zarzucanie większości znajomych i otoczeniu samych negatywnych cech i stawianie siebie na tym tle jako jednostki niemal doskonałej, a przynajmniej nieporównanie lepszej pod wieloma względami. A głównym kryterium tego podziału jest uznanie siebie za stojącego na wyższym poziomie cywilizacyjnym/duchowym/emocjonalnym.  Można i tak. Jednak życie ma to do siebie, że styka nas z bardzo wieloma ludźmi - o różnych osobowościach, poglądach, zainteresowaniach. Zmagającymi się w życiu z wieloma problemami, o których często w ogóle nie mówią. Mającymi swoje pragnienia, marzenia, cele do zrealizowania. Czy zasługują oni na negatywne oceny i na przysłowiowego “focha”, tylko dlatego, że są po prostu inni? Że często zwykła proza życia zweryfikowała im dawne wzniosłe marzenia i nie mają czasu na samorozwój? Że z pełną odpowiedzialnością poświęcają swój czas potomstwu, którego chcieli i które kochają? Że świadomie ciężko i dużo pracują, aby dojść do postawionego celu?

Oczywiście, można się od tych wszystkich ludzi odizolować, można stwierdzić, że ich sprawy nie interesują, bo są przyziemne. Tyle, że życie tak się układa, że taka postawa prędzej czy później się boleśnie mści…

2. Po drugie - daleko posunięte moralne osądy innych osób, znanych nie z normalnego codziennego życia, ale np. na bazie ich wypowiedzi i twórczości artystycznej. Podkreślanie na każdym krok dzielących różnic, potępianie przy jednoczesnym podkreślaniu własnej niezwykłości. Ustawianie każdego, kto nie zgadza się z taką postawą, na pozycji wroga. Wartościowanie świata w oparciu o cechy, które nie powinny być wartościowane, ponieważ są osobistą i dopełniającą sferą każdego człowieka i nie mogą podlegać podziałowi na “lepsze/gorsze”. Katolik nie jest wcale osobą mniej wartą od neopoganina, a osoba heteroseksualna od kochającej innego człowieka tej samej płci. Kobieta widząca swoje szczęście w macierzyństwie nie stoi przecież na niższej pozycji niż kobieta, dla której ważniejszy jest realizowany na różne sposoby wewnętrzny rozwój.

Można pisać i mówić o sobie i swoim życiu oraz tym, co jest w nim ważne, w sposób nie krzywdzący, nie wartościujący. Można odrobinę swojej własnej niezwykłości dać światu. Można się dzielić, nie tworząc podziałów. I wtedy często otrzymuje się wdzięczność, uśmiech i miłe słowo, płynące z głębi serca.

Łapy, łapy, cztery łapy…

W sobotnie popołudnie w naszym malutkim schronisku wita mnie radosne szczekanie psów, które z niecierpliwością czekają na spacer po okolicznych łąkach i wałach nad rzeką. Wszystkie spragnione są kontaktu z człowiekiem i wszystkie na człowieka reagują z entuzjastyczną radością. Duża i piękna czarna Diana, która doświadczyła niestety okrucieństwa ze strony człowieka, terierkowaty, radosny Lukas, dwa wspaniałe amstafy: Kudżaj i Spiky, zwariowana młodziutka Gaja, grubiutka i (jeszcze ;)) kudłata Wiesia, przemiła, mała i czarna przylepa Perełka… Cały przekrój psich charakterów :)

Gdy po dwóch godzinach spacerów, zabawy (i nauki, a jakże :)) wracam do domu, wypełnia mnie jedyna w swoim rodzaju radość, że ten czas nie był zmarnowany, że daję coś od siebie bezdomnym zwierzakom - w sumie niewiele - spacer, zabawa, trochę szkolenia, ale przede wszystkim serdeczność. A w zamian otrzymuję tak dużo. Tak wiele optymizmu, szczerego uśmiechu (pies naprawdę potrafi się uśmiechać) i tyle nieskomplikowanej, ale wspaniałej przyjaźni.

A może Ty, Czytelniku szukasz nierasowego psiego przyjaciela? Może on na Ciebie już czeka w naszym azylu? Zajrzyj na stronę naszego schroniska. :)

Zwykły, niezwykły dzień…

Zimny, silny wiatr przeganiał chmury, z których co jakiś czas padał lodowaty deszcz. Zapadał szary, smutny zmierzch, kiedy po wyczerpującym dniu stanęłam u wejścia do skalnego schronienia.

Czułam każdy mięsień, omdlałe z wysiłku ramiona odmawiały posłuszeństwa, gdy układałam drewno w palenisku. Gdy w końcu udało mi się rozpalić ogień, miałam wrażenie, że obolałe ciało chłonie jego ciepło tak, że nie starcza go na ogrzanie pomieszczenia.

Ściągnęłam z siebie kolczugę, której ciężar wydawał mi się już nie do zniesienia. Z westchnieniem ulgi usiadłam przy ogniu, który trzaskał coraz żywiej i weselej, jakby na przekór panującej aurze… i mojemu nastrojowi.

Ile to już tygodni? - zadałam sobie w myślach pytanie. Wydawało mi się, że minęły całe lata od tego chłodnego poranka, kiedy otworzyłam oczy i ujrzawszy blady błękit nieba poczułam, że wraca we mnie życie.

A może właśnie wtedy się zaczęło naprawdę?

Każdy dzień zdawał się być taki sam, upływał pod znakiem walki z własnym zmęczeniem, bólem mięśni doprowadzanych do skrajnego wysiłku, gorzkiego smaku skalnego pyłu, szczęku broni. Zasypiałam, analizując w podświadomości własne błędy taktyczne, zbyt wolne reakcje i przegapione momenty, które mogłam wykorzystać do przejęcia inicjatywy w walce. Analizowałam, myślałam, raz jeszcze przeżywając w wyobraźni walkę, obserwując ją z boku, w zwolnionym tempie. I tak naprawdę każdy następny dzień, choć tak podobny do poprzedniego, przynosił jakąś zmianę.

Czas tyle potrafi zmienić… Jego bieg przypomina mozolną wędrówkę wokół niedostępnej góry, która straszy poszarpaną granią i podciętymi urwiskami. Przejdziesz jednak kawałek drogi, choć ciężkiej, i gdy drżąc ze zmęczenia spojrzysz z innego miejsca, być może wypatrzysz ścieżkę, która pomoże ową górę zdobyć?

Wątpliwości :)

Ten wpis jest głównie dla mnie, może tą drogą uda mi się uporządkować “interpretacyjny mętlik” w głowie :-)

“If you bind his sword with an Oberhau or another strike from your right side and he strikes a Zwerchau toward your other [left] side, counter with a Zwerchau to his neck under his sword”. (Fragment tłumaczenia traktatu Sigmunda Ringecka).

Przy okazji - oglądałam na rysunkach i zdjęciach wykonanie i interpretacje tej kontry i nigdzie nie zgadzało się z tekstem Ringecka - na jednej rycinie było ewidentnie obopólne trafienie, a na zdjęciu w innej książce - wszystko wykonane dziwnie na drugą stronę… Trzeba spróbować metodycznie…

Rodzaj techniki - kontra (atak (Oberhau) –> zbicie (Zwerhau) –> kontra).

Kontra przed czym?

1. Przed zbiciem Zwerchau –> wykonane prawidłowo i w odpowiednim dystansie trafia w głowę.

2. Przed wszystkim, co przeciwnikowi przyjdzie do głowy wykonać po tym zbiciu.

Z punktów 1. i 2. wynika odmienne osadzenie tej techniki w czasie (jakkolwiek to nie brzmi).

Czas - I. Logika podpowiada, że przed planowanym związaniem mieczy (aby kontra zadziałała, należy ją wykonać przed zakończeniem techniki wykonywanej przez przeciwnika). Czyli np. ja jako osoba atakująca Oberhau widzę, że przeciwnik chce je zbić przy pomocy Zwerchau i natychmiast zmieniam zdanie i przekierowuję trajektorię mojego miecza do Zwerchau.

Cel kontry - trafienie w szyję pod mieczem przeciwnika. Czyli mój sztych musi się znaleźć poniżej klingi przeciwnika. Czyli - przechodzę płynnie z początkowego prawego Oberhau do również prawego Zwerchau, pamiętając o podniesieniu rąk wysoko, wiążę krótkim ostrzem słabą część miecza przeciwnika, kierując sztych w kierunku jego szyi pod jego mieczem.

Wątpliwość. Po pierwsze - miecze się zderzają ostrze na ostrze - przynajmniej w teorii. Po drugie - łatwiej mi jest zmodyfikować nieco tor mojego Oberhau aby związać miecz przeciwnika niż kombinować z Zwerchau… Ale może się mylę. Niemniej jednak warto wziąć pod uwagę drugi wariant.

Czas - II. Po związaniu (zakładając, że nie doszło do trafienia, a tylko do związania mieczy - de facto Ringeck pisze wyraźnie o związaniu właśnie, w sposób jakby do niego doszło - “If you bind”,  a nie “if you want to bind”). Wtedy traktujemy kontrę jako technikę nie dopuszczającą przeciwnika do wykonania jednej z technik możliwych po Zwerchau. Czyli - moje Oberhau jako atak –> Zwerchau przeciwnika jako zbicie –> związanie mieczy –> moje natychmiastowe Zwerchau w szyję przeciwnika.

I chyba to mnie bardziej przekonuje - w istocie cały czas działam “vor” (przed). Pierwsza atakuję, potem nie dopuszczam do przejęcia inicjatywy przez przeciwnika, przy pomocy kontry udaremniając mu wykonanie jednej z kilku możliwych technik.

Pytanie pozostaje - czy moje Zwerchau jako kontrę wykonuję z prawej strony czy z lewej?

Wykonując je z prawej - przechodzę do związania swoim krótkim ostrzem słabej części miecza przeciwnika, a sztychem sięgam pod jego mieczem w szyję po lewej stronie przeciwnika. W każdym razie po drodze zmieniam ostrze - z długiego na krótkie. I nie trzeba kombinować z pracą nóg - ustawiona jestem z prawą nogą z przodu.

Wykonując z lewej - utrzymuję związanie ostrzem długim, przenosząc swój miecz najpierw nad płazem przeciwnika, aby wylądować ze sztychem poniżej, na wysokości szyi przeciwnika, lecz po jej prawej stronie. Praca nóg - powinno się pójść trawersem w bok lewą nogą (zakroczną po pierwszym związaniu mieczy) - czyli podobnie jak przy technice Duplieren.

No i chyba koniec teorii, pora na weryfikację praktyczną :-)

dalej »