Niniejszy tekst jest luźną, samodzielną literacką impresją, umiejscowioną w Śródziemiu IV Ery, a potrzeba jej stworzenia wynikła z dawnej już lektury krótkiego opowiadania autorstwa Dagnerie, w którym to przez chwilę wirtualnie goszczę w jej świecie.

Być może tekst ten stanie się jednym z kawałków całej mojej własnej opowieści, w której jest ciągle bardzo dużo dziur. Chwilowo jednak wena twórcza tą akurat drogą domagała się swojego głosu :)

***

Potok z jednostajnym szumem toczył swoje wody. Tu i ówdzie promienie słońca rozszczepiały się kolorami tęczy na kropelkach wody, unoszących się w powietrzu przy wodospadzie.

Po raz kolejny przeczytałam list, jaki przekazał mi Eldacil podczas mojej ostatniej wizyty w Minas Tirith. Westchnęłam głęboko i zamyśliłam się, czując, jak targają mną wątpliwości.

Treść listu, napisana energicznym i wyraźnym charakterem pisma, była krótka i rzeczowa. Oto władca jednego z krajów w Haradzie poszukuje osobistego nauczyciela fechtunku dla swojego dorastającego syna i prosi o polecenie mu kompetentnych w tym zakresie osób. Oferując roczne utrzymanie wraz z wysoką zapłatą za udzielane przez ten czas, codzienne lekcje.

Wróciłam pamięcią do rozmowy z Eldacilem.

- Wiesz dobrze, że do nauki szermierki mógłbym polecić co najmniej kilku dobrych nauczycieli. A tutaj chodzi jeszcze o coś innego - siwowłosy wojownik rozłożył mapę i dotknął drewnianym wskaźnikiem miejsca, gdzie leżał ów kraj.

- Jak rozumiem, istnieje tam coś, na co powinnam zwrócić uwagę. Czyli mam do wypełnienia misję zwiadowcy?

Na twarzy Eldacila malowała sie powaga.

- W pewnym sensie. Jestem pewien, że bez problemu dostrzeżesz dowody czegoś, co podejrzewam od już długiego czasu.

Uspokoiłam przyspieszone bicie serca, domyśliłam się bowiem, o co chodzi Eldacilowi.

- Magii - stwierdziłam, choć planowałam spytać.

- Konkretnie nekromancji.

W komnacie na dłuższą chwilę zapanowało milczenie. Serce znów zaczęło bić mi szybciej.

- A nie uważasz, że ten list może być zwyczajnie pułapką? Wiesz, Eldacilu, życie jest mi miłe i po tym, co już przeżyłam, nie mam specjalnie ochoty znów nadstawiać karku.

- Nie sądzę. Jakiś czas temu wysłałem tam zaufanych ludzi jako kupców. Ów władca ma własne, osobiste powody, aby maksymalnie dobrze wykształcić syna. Sam bowiem obawia się konkurencji i utraty władzy. I szuka kogoś… z zewnątrz, spoza własnego kraju. Niepokoi mnie ta cała sytuacja. Tam, na południu rośnie siła, opierając się na czymś, co w naszym świecie odbierane jest jako legenda.

- I ja mam pomóc temu władcy, a pod pozorem tej pomocy zdobyć wiadomości i dowody na praktykowanie przez niego nekromancji oraz wyśledzić jego strategiczne plany?

Eldacil podszedł do mnie zacisnął dłoń na moim ramieniu. Na jego twarzy malowała się rozterka i zmieszanie.

- Wiem, że nie jestem w porządku prosząc cię o to. Też boli mnie związana z tym konieczność opuszczenia przez ciebie domu. I… rozstania. Jeśli odmówisz, zrozumiem. Ale z drugiej strony jesteś jedyną osobą, która oprócz umiejętności fechtunku, potrafi coś więcej… sama wiesz, co. Przemyśl to. Proszę.

Popatrzyłam mu w oczy.

- Dobrze. Przemyślę. Ale w przypadku gdybym się podjęła tego zadania, będę cię prosić o jedną, przyjacielską przysługę.

- Cokolwiek zechcesz - w oczach Eldacila widać było gotowość na wszystko. Tak bardzo ci zależy, pomyślałam. Dlaczego?

- Odwiedź czasami dolinę. Odwiedź… JEGO.

***

Na ramieniu poczułam znajomy, chłodny dotyk. Podniosłam głowę i spojrzałam na tak dobrze znaną postać.

- I jaka jest twoja decyzja? - spytał.

- Nie wiem. Ale chyba powinnam sie zgodzić.

Usiadł obok na płaskim kamieniu.

- Wiesz, że to ważna sprawa. Rok minie szybko. Wiele się nauczysz, a może i zyskasz wdzięczność u kogoś, o kim nie wiesz jeszcze, że w ogóle istnieje? - Objął mnie przyjacielskim gestem. - Gdybym miał złe przeczucia, odradzałbym. Zachowaj tylko maksymalną ostrożność… i nie zdradź się. Tamten kraj… - zamyślił się na chwilę. - owszem, sięga w stronę sił, w których władaniu i ja w pewnym sensie ciągle jestem. Ale on się z czasem pogrąży w pętli własnego obłędu i nienazwanych pragnień i nie będzie w stanie samodzielnie jej przerwać. Chyba, że tobie się uda pozostawić tam coś, co może się okazać niegdyś nieocenioną pomocą. A Eldacil ma rację, proponując tobie to zadanie - znasz broń, którą włada tamten… człowiek. I jej ograniczenia.

Pod wpływem tych słów poczułam lekką ulgę. Mój mistrz i przyjaciel miał rację. Uśmiechnęłam się do niego lekko i skinęłam głową.

- W porządku zatem. Z taką intencją tam pojadę.

- Chodź ze mną - wstał i podał mi rękę.

Weszliśmy do izby stojącego opodal drewnianego domu. Domu, który stał się miejscem, o jakim nigdy nie marzyłam, ale które zdawało się spełniać jednocześnie najśmielsze, choć nigdy nie nazwane pragnienia.

Mój przyjaciel ze stojącej w kącie skrzyni wyciągnął nieduży połyskujący srebrzyście krążek z przyczepionym do niego rzemieniem i podał mi. Wykonany był ze zwykłej stali, przedstawiał skomplikowany wielokąt wpisany w krąg z misternie splecionych roślinnych ornamentów.

- To jest talizman, który pomoże, choć w ograniczony sposób, przesłać to, co zobaczysz lub też usłyszysz. Dzięki niemu powinnaś też odbierać bliżej moją obecność. Myślę, że pomoże to nam obojgu. Jest również bardzo trudny do wykrycia przez jakiekolwiek próby magicznej identyfikacji. Noś go głęboko, lepiej, aby nikt go nie widział - to mówiąc wziął talizman i założył mi go na szyję.

- Dziękuję - odpowiedziałam, wsuwając talizman pod koszulę. Poczułam na piersi chłodny dotyk metalu. - Wiesz… - spojrzałam na towarzysza. - Chyba nie powinnam mieć tam przy sobie miecza, który mam od ciebie. Może zwrócić uwagę tamtego władcy.

- Nie ma problemu - w brzmieniu jego głosu wyczułam uśmiech. - Mamy jeszcze trochę czasu, zrobimy więc wspólnie taki, który nie będzie się rzucać w oczy. Prosty, ale godny nauczyciela. A ten - wskazał na leżącą na stole broń - zostaw mi pod opieką.

Roześmiałam się.

- Przecież nikomu innemu bym go nie dała.

- W takim razie za wspólne dzieło. I za powodzenie misji na dalekim południu - wyciągnął do mnie ręce. Uścisnęłam je mocno i przez dłuższą chwilę staliśmy tak w milczeniu, patrząc na siebie. - Chodźmy - pociągnął mnie w stronę wyjścia i udaliśmy się do kuźni.

Miesiąc później byłam już gotowa do drogi. Doszliśmy razem prawie do wylotu doliny.

- Weź jeszcze to - podał mi niewielkie, niezbyt ciężkie mocno ściągnięte rzemieniami zawiniątko. - Jestem pewien, że się przyda.

- Dziękuję… co to jest? - spytałam zdziwiona.

- Zobaczysz, jak już dotrzesz na miejsce. Uważaj na siebie.

- Ty również. Nie mam zamiaru spędzić tam ani dnia dłużej, niż będzie to niezbędne.

- Będę czekał, aż wrócisz.

- Poprosiłam Eldacila, aby cię odwiedził od czasu do czasu, o ile tylko sie zgodzisz. On i tak o wszystkim wie, a na pewno nie zabraknie wam wspólnych tematów. Jeśli nie masz nic przeciwko, przekażę to Eldacilowi po drodze.

- Mnie? Odwiedzi? Tutaj?… - w głosie mojego mistrza zabrzmiało zdziwienie. - Dziękuję… Ale nie spodziewałem się… - dodał po chwili.

Uśmiechnęłam się.

- Owocnych rozmów wam obu życzę. A wino jest w spiżarce, gdyby było mu potrzebne… na rozluźnienie - dodałam po chwili i mrugnęłam porozumiewawczo.

Wyczułam uśmiech z jego strony - znacznie mocniej niż kiedykolwiek. To przecież talizman, uświadomiłam sobie, jednak tą chwilę przede wszystkim chciałam zapamiętać.

Na pożegnanie uściskaliśmy się jak dobrzy, wieloletni przyjaciele.

Przyjaciele, dla których wspólna droga rozpoczęła się goryczą, strachem i poczuciem nieskończonej samotności, a potem stała się jedyną możliwą, której towarzyszy szczęście, mimo że nie jest ono łatwe, pomyślałam. I choć ciekawość i chęć ujrzenia dalekiego kraju, o którym tak wiele słyszałam, gnała mnie naprzód, to wiedziałam, że tym większa będzie moja radość, gdy wrócę.

Było chłodne, mgliste popołudnie, gdy nie spiesząc się, jechałam stępem wąską, zarośniętą miejscami drogą. Byle dalej, byle przed siebie. Wszystkie ostatnie wydarzenia przybladły i jakby zlały się w jedno. Było mi wszystko jedno, czy słyszę w pamięci szczęk mieczy czy może odgłos własnych kroków przemierzających skąpaną w słońcu drogę wiodącą przez północny Harad. Choć tam właśnie moje wspomnienia zatrzymały się na dłużej. Tam… na twarzy młodej dziewczyny, w której oczach widać było tyle smutku i strachu, ale i odrobina wdzięczności, na którą nie byłam pewna, czy zasłużyłam.

I wreszcie muzyka. Cały czas brzmiały mi w głowie bębny, dźwięk piszczałek i fletów, a przed oczami miałam ludzi, w beztroskim tańcu dających upust swojej radości. I dwie osoby, szczęśliwe ze sobą i zamykające w sobie swoje życie, w którym dla mnie już przestało istnieć miejsce.

Odjechałam jeszcze zanim wstał świt. Mury Białego Miasta coraz bardziej oddalały się w miarę, jak odruchowo i  irracjonalnie pokonywałam staję za stają na wschód. Z sercem pogrążonym w cieniu tak, jak otaczający mnie krajobraz, ale i w stanie spokoju.

Coś, co się kończy, zwykle staje się początkiem czegoś nowego…

Od dłuższego czasu mam styczność z kompletnie nie przemawiającym do mnie stosunkiem do świata. Zaznaczam, że nie chcę ani krytykować konkretnych osób, bo nie o to chodzi - każdy ma prawo odbierać świat, jak chce i szukać sobie w nim miejsca w dowolny sposób. Ja tylko chcę obiektywnie odnieść się do określonej postawy życiowej.

1. Po pierwsze - zarzucanie większości znajomych i otoczeniu samych negatywnych cech i stawianie siebie na tym tle jako jednostki niemal doskonałej, a przynajmniej nieporównanie lepszej pod wieloma względami. A głównym kryterium tego podziału jest uznanie siebie za stojącego na wyższym poziomie cywilizacyjnym/duchowym/emocjonalnym.  Można i tak. Jednak życie ma to do siebie, że styka nas z bardzo wieloma ludźmi - o różnych osobowościach, poglądach, zainteresowaniach. Zmagającymi się w życiu z wieloma problemami, o których często w ogóle nie mówią. Mającymi swoje pragnienia, marzenia, cele do zrealizowania. Czy zasługują oni na negatywne oceny i na przysłowiowego “focha”, tylko dlatego, że są po prostu inni? Że często zwykła proza życia zweryfikowała im dawne wzniosłe marzenia i nie mają czasu na samorozwój? Że z pełną odpowiedzialnością poświęcają swój czas potomstwu, którego chcieli i które kochają? Że świadomie ciężko i dużo pracują, aby dojść do postawionego celu?

Oczywiście, można się od tych wszystkich ludzi odizolować, można stwierdzić, że ich sprawy nie interesują, bo są przyziemne. Tyle, że życie tak się układa, że taka postawa prędzej czy później się boleśnie mści…

2. Po drugie - daleko posunięte moralne osądy innych osób, znanych nie z normalnego codziennego życia, ale np. na bazie ich wypowiedzi i twórczości artystycznej. Podkreślanie na każdym krok dzielących różnic, potępianie przy jednoczesnym podkreślaniu własnej niezwykłości. Ustawianie każdego, kto nie zgadza się z taką postawą, na pozycji wroga. Wartościowanie świata w oparciu o cechy, które nie powinny być wartościowane, ponieważ są osobistą i dopełniającą sferą każdego człowieka i nie mogą podlegać podziałowi na “lepsze/gorsze”. Katolik nie jest wcale osobą mniej wartą od neopoganina, a osoba heteroseksualna od kochającej innego człowieka tej samej płci. Kobieta widząca swoje szczęście w macierzyństwie nie stoi przecież na niższej pozycji niż kobieta, dla której ważniejszy jest realizowany na różne sposoby wewnętrzny rozwój.

Można pisać i mówić o sobie i swoim życiu oraz tym, co jest w nim ważne, w sposób nie krzywdzący, nie wartościujący. Można odrobinę swojej własnej niezwykłości dać światu. Można się dzielić, nie tworząc podziałów. I wtedy często otrzymuje się wdzięczność, uśmiech i miłe słowo, płynące z głębi serca.

Łapy, łapy, cztery łapy…

W sobotnie popołudnie w naszym malutkim schronisku wita mnie radosne szczekanie psów, które z niecierpliwością czekają na spacer po okolicznych łąkach i wałach nad rzeką. Wszystkie spragnione są kontaktu z człowiekiem i wszystkie na człowieka reagują z entuzjastyczną radością. Duża i piękna czarna Diana, która doświadczyła niestety okrucieństwa ze strony człowieka, terierkowaty, radosny Lukas, dwa wspaniałe amstafy: Kudżaj i Spiky, zwariowana młodziutka Gaja, grubiutka i (jeszcze ;)) kudłata Wiesia, przemiła, mała i czarna przylepa Perełka… Cały przekrój psich charakterów :)

Gdy po dwóch godzinach spacerów, zabawy (i nauki, a jakże :)) wracam do domu, wypełnia mnie jedyna w swoim rodzaju radość, że ten czas nie był zmarnowany, że daję coś od siebie bezdomnym zwierzakom - w sumie niewiele - spacer, zabawa, trochę szkolenia, ale przede wszystkim serdeczność. A w zamian otrzymuję tak dużo. Tak wiele optymizmu, szczerego uśmiechu (pies naprawdę potrafi się uśmiechać) i tyle nieskomplikowanej, ale wspaniałej przyjaźni.

A może Ty, Czytelniku szukasz nierasowego psiego przyjaciela? Może on na Ciebie już czeka w naszym azylu? Zajrzyj na stronę naszego schroniska. :)

Zwykły, niezwykły dzień…

Zimny, silny wiatr przeganiał chmury, z których co jakiś czas padał lodowaty deszcz. Zapadał szary, smutny zmierzch, kiedy po wyczerpującym dniu stanęłam u wejścia do skalnego schronienia.

Czułam każdy mięsień, omdlałe z wysiłku ramiona odmawiały posłuszeństwa, gdy układałam drewno w palenisku. Gdy w końcu udało mi się rozpalić ogień, miałam wrażenie, że obolałe ciało chłonie jego ciepło tak, że nie starcza go na ogrzanie pomieszczenia.

Ściągnęłam z siebie kolczugę, której ciężar wydawał mi się już nie do zniesienia. Z westchnieniem ulgi usiadłam przy ogniu, który trzaskał coraz żywiej i weselej, jakby na przekór panującej aurze… i mojemu nastrojowi.

Ile to już tygodni? - zadałam sobie w myślach pytanie. Wydawało mi się, że minęły całe lata od tego chłodnego poranka, kiedy otworzyłam oczy i ujrzawszy blady błękit nieba poczułam, że wraca we mnie życie.

A może właśnie wtedy się zaczęło naprawdę?

Każdy dzień zdawał się być taki sam, upływał pod znakiem walki z własnym zmęczeniem, bólem mięśni doprowadzanych do skrajnego wysiłku, gorzkiego smaku skalnego pyłu, szczęku broni. Zasypiałam, analizując w podświadomości własne błędy taktyczne, zbyt wolne reakcje i przegapione momenty, które mogłam wykorzystać do przejęcia inicjatywy w walce. Analizowałam, myślałam, raz jeszcze przeżywając w wyobraźni walkę, obserwując ją z boku, w zwolnionym tempie. I tak naprawdę każdy następny dzień, choć tak podobny do poprzedniego, przynosił jakąś zmianę.

Czas tyle potrafi zmienić… Jego bieg przypomina mozolną wędrówkę wokół niedostępnej góry, która straszy poszarpaną granią i podciętymi urwiskami. Przejdziesz jednak kawałek drogi, choć ciężkiej, i gdy drżąc ze zmęczenia spojrzysz z innego miejsca, być może wypatrzysz ścieżkę, która pomoże ową górę zdobyć?

Wątpliwości :)

Ten wpis jest głównie dla mnie, może tą drogą uda mi się uporządkować “interpretacyjny mętlik” w głowie :-)

“If you bind his sword with an Oberhau or another strike from your right side and he strikes a Zwerchau toward your other [left] side, counter with a Zwerchau to his neck under his sword”. (Fragment tłumaczenia traktatu Sigmunda Ringecka).

Przy okazji - oglądałam na rysunkach i zdjęciach wykonanie i interpretacje tej kontry i nigdzie nie zgadzało się z tekstem Ringecka - na jednej rycinie było ewidentnie obopólne trafienie, a na zdjęciu w innej książce - wszystko wykonane dziwnie na drugą stronę… Trzeba spróbować metodycznie…

Rodzaj techniki - kontra (atak (Oberhau) –> zbicie (Zwerhau) –> kontra).

Kontra przed czym?

1. Przed zbiciem Zwerchau –> wykonane prawidłowo i w odpowiednim dystansie trafia w głowę.

2. Przed wszystkim, co przeciwnikowi przyjdzie do głowy wykonać po tym zbiciu.

Z punktów 1. i 2. wynika odmienne osadzenie tej techniki w czasie (jakkolwiek to nie brzmi).

Czas - I. Logika podpowiada, że przed planowanym związaniem mieczy (aby kontra zadziałała, należy ją wykonać przed zakończeniem techniki wykonywanej przez przeciwnika). Czyli np. ja jako osoba atakująca Oberhau widzę, że przeciwnik chce je zbić przy pomocy Zwerchau i natychmiast zmieniam zdanie i przekierowuję trajektorię mojego miecza do Zwerchau.

Cel kontry - trafienie w szyję pod mieczem przeciwnika. Czyli mój sztych musi się znaleźć poniżej klingi przeciwnika. Czyli - przechodzę płynnie z początkowego prawego Oberhau do również prawego Zwerchau, pamiętając o podniesieniu rąk wysoko, wiążę krótkim ostrzem słabą część miecza przeciwnika, kierując sztych w kierunku jego szyi pod jego mieczem.

Wątpliwość. Po pierwsze - miecze się zderzają ostrze na ostrze - przynajmniej w teorii. Po drugie - łatwiej mi jest zmodyfikować nieco tor mojego Oberhau aby związać miecz przeciwnika niż kombinować z Zwerchau… Ale może się mylę. Niemniej jednak warto wziąć pod uwagę drugi wariant.

Czas - II. Po związaniu (zakładając, że nie doszło do trafienia, a tylko do związania mieczy - de facto Ringeck pisze wyraźnie o związaniu właśnie, w sposób jakby do niego doszło - “If you bind”,  a nie “if you want to bind”). Wtedy traktujemy kontrę jako technikę nie dopuszczającą przeciwnika do wykonania jednej z technik możliwych po Zwerchau. Czyli - moje Oberhau jako atak –> Zwerchau przeciwnika jako zbicie –> związanie mieczy –> moje natychmiastowe Zwerchau w szyję przeciwnika.

I chyba to mnie bardziej przekonuje - w istocie cały czas działam “vor” (przed). Pierwsza atakuję, potem nie dopuszczam do przejęcia inicjatywy przez przeciwnika, przy pomocy kontry udaremniając mu wykonanie jednej z kilku możliwych technik.

Pytanie pozostaje - czy moje Zwerchau jako kontrę wykonuję z prawej strony czy z lewej?

Wykonując je z prawej - przechodzę do związania swoim krótkim ostrzem słabej części miecza przeciwnika, a sztychem sięgam pod jego mieczem w szyję po lewej stronie przeciwnika. W każdym razie po drodze zmieniam ostrze - z długiego na krótkie. I nie trzeba kombinować z pracą nóg - ustawiona jestem z prawą nogą z przodu.

Wykonując z lewej - utrzymuję związanie ostrzem długim, przenosząc swój miecz najpierw nad płazem przeciwnika, aby wylądować ze sztychem poniżej, na wysokości szyi przeciwnika, lecz po jej prawej stronie. Praca nóg - powinno się pójść trawersem w bok lewą nogą (zakroczną po pierwszym związaniu mieczy) - czyli podobnie jak przy technice Duplieren.

No i chyba koniec teorii, pora na weryfikację praktyczną :-)

Inny świat…

Inne kolory i światło.  Porośnięte porostami, zielonkawo-brązowe pnie nagich jeszcze drzew, brunatna ściółka, z prześwitującą tu i ówdzie nieśmiało świeżą zielenią. I złote światło chylącego się ku zachodowi słońca. Tak, jakby po zimie zagościła jeszcze na krótki czas późna jesień…

Taki świat dzisiaj oglądałam - tak inny od pokrytego śniegiem, odbijającym w zimnych pastelowych barwach promienie tego samego, zachodzącego słońca.

A gdzieś w tle wesołe pogwizdywanie kosa.

Jeszcze trochę, a drobne, białe kwiaty pokryją okoliczne łąki…

Jeszcze trochę, a nadejdzie rocznica dnia wolności.

I treningi w pachnącym wiosną powietrzu.

Mimo wszystko jednak za zimą będę tęsknić :)

I znów Czwarta Era…

Zdjęcie jest własnością autorki

A niepokój i wewnętrzne przeświadczenie, że dzieje się coś więcej niż widać pozornie, coraz silniej dają znać. Może jakiekolwiek wyjaśnienie przyniesie wędrówka na północne krańce Gór Mglistych… Może w świetle pochodni, rozjaśniającej kamienną, pustą komnatę dojrzę cokolwiek, co wskaże choćby ślad dalszej drogi? Czy może będzie to początek odkrycia innych mrocznych tajemnic?

Cokolwiek ma się stać, chyba warto zrobić krok naprzód…

I tak oto powstała kolejna część Kwiatu Morgulu. Nosi ona tytuł Przez bramę tajemnic.

Listopadowe Sowie Śródziemie

Odwiedziny w Sowim Śródziemiu stały się już stałym punktem wyjazdowych weekendów. Pojechaliśmy do Bielawy w piątek wieczorem, wróciliśmy w niedzielę wieczorem. Pogoda dopisała wyjątkowo - niskie, późnojesienne słońce, błękitne niebo, i cudne światło rozświetlające jeszcze dodatkowo czerwono-złote bukowe i modrzewiowe lasy.

Po przyjeździe do Bielawy, jeszcze późnym wieczorem w piątek, wznieśliśmy toasty za pomyślnie zdane egzaminy na kolejne stopnie uczniowskie w karate - mONY, Jarka, Oli i Kate. Toast wzniesion nie byle czym, bo dobrym aromatycznym dwójniakiem. Poznaliśmy również nowego czworonożnego członka rodziny mONY - marmurkowego jamnika długowłosego o imieniu Lagos, a przezywanego Legosiem ;-)

Sobota upłynęła pod znakiem wędrówki po górkach, w tym przedzierania się na przełaj przez las. Bestia, brodząc po brzuch w liściach była w dziewiątym bestiowym niebie. Przedarlim się, a jakże. Dochodząc tym samym do drogi, na którą powinniśmy wyjść dużo wcześniej, ale chyba ścieżka prowadząca do niej zarosła, w każdym razie przegapiliśmy ją i stąd przymusowy marsz przełajowy. Ale przyjemniejszy o bogaty w okoliczności przyrody - w postaci około dziesięcioosobowego stadka dzików, które przegalopowały przed nami, kryjąc się w rosnącym opodal młodniaku.

Kawałek dalej, przy drodze znaleźliśmy wygodne miejsce na krótki odpoczynek i wypicie puszeczki Żubra. Słońce łagodnie grzało, a my toczyliśmy poważne dysputy na temat szeroko pojętej sztuki wojennej w Europie.

Później poszliśmy dalej do rozdroża szlaków turystycznych, zwanego “Trzy Buki”. mONA przy okazji powiedziała nam, że nazwa tego miejsca wzięła się z tego, że niegdyś rosły tam trzy wiekowe, grube buki, z których teraz został tylko jeden. Choć również staruszek, to jeszcze się ciągle trzyma :)

Z “Trzech Buków” poszliśmy jeszcze kawałek dalej, po czym zawróciliśmy i szeroką drogą wiodącą w dół doszliśmy, oczywiście do “Pstrąga”. W “Pstrągu” było spokojnie i praktycznie pusto. Niedługo potem siedzieliśmy w półmroku przy świetle świec, zajadając się pieczonym na ruszcie pstrągiem. Wspaniałe miejsce - bez niepotrzebnego snobistycznego agro-lansu, trochę surowe, ale właśnie dlatego jedyne i niepowtarzalne w swoim klimacie.

Wieczór już był, gdy dotarliśmy z powrotem do mONY.

Na następny dzień poszliśmy w okolica Góry Parkowej i starego łomiku i na okolicznej łące zrobiliśmy trening. Potem, wygłodniali, zjedliśmy jeszcze iście hobbicką domową pizzę.

Ale niestety później już trzeba było pomyśleć o powrocie… Spakowawszy się, wyjechaliśmy niedługo po zachodzie słońca.

To był piękny i wyjątkowo ciepły weekend jak na listopad, który widać stara się, jak może, aby wynagrodzić pochmurny i deszczowo-śniegowy październik. Góry Sowie pięknie wyglądały w swej jesiennej krasie, pomimo, że niedawne przymrozki pozbawiły buczyny tej najbardziej intensywnej czerwieni.

Osobiście cieszę się, bo udało mi się porobić prawdziwie jesienne zdjęcia - po fatalnym październiku obawiałam się, że na żadne “złote” i “rude” kadry przy ładnym świetle nie ma już szans. Na szczęście się udało i moja potrzeba zbierania jesiennych barw została w sporym stopniu zaspokojona :)

Czas mglistych poranków

Sennym tykaniem zegara mijania nadchodzi pora,
Czasu zamkniętego w słowie nie sposób cofnąć wstecz,
Promieniem zabłysło na ścianie ostatnie spojrzenie przed nocą,
Powraca szept jak modlitwa odległy o długość dnia.

To czas mglistych poranków
To dni rozmów przy wtórze deszczu
Chwytając babie lato dłońmi
Zatrzymać pragniesz czas

Jednak jesień to nie tylko chmury, słota i deszcz. To również pełne uroku dni, kiedy słońce łagodnym, skośnym światłem wydobywa grę barw jedyną w swoim rodzaju, malując otaczający świat w odcieniach czerwieni i złota. Za cenę krótszego dnia mamy zatem piękne kolory, których próżno szukać podczas przepalonego słońcem lata.

Zdjęcie jest własnością autorkiTo także rześkie poranki, kiedy słoneczne promienie, tak wyraziste w delikatnej mgle sprawiają, że świat staje się pełen magii i niepowtarzalnego nastroju.

I właśnie to wszystko można odnaleźć na jesiennych fotografiach. Właśnie jesienne zdjęcia mają w sobie tego specyficznego ducha, tak, jakby wyrażały nagromadzone w ciągu całego roku emocje i rozmaite przeżycia oraz wydarzenia. Które choć przeminęły, to cały czas na swój sposób tkwią w każdej cząstce świata i go wzbogacają - w każdym promieniu słońca, w każdym złotym liściu. Które sprawiają, że po raz kolejny człowiek zadaje sobie pytanie - czym jesteś, świecie?

Mądre słowa na temat jesieni powiedział Karol Irzykowski: Jesień nie jest odwiniętym wstecz filmem wiosny. Jest bowiem bogatsza o tą wiosnę i lato, które po niej przyszło. I o samą siebie - od jesiennego przesilenia, poprzez Samhain rozpoczynający jej “ciemny” etap, aż do przesilenia zimowego. I tak oto magia jesieni towarzyszy nam cały czas. Dlatego warto choćby podczas krótkiej wędrówki po lesie lub górach dostrzec jej piękno i wzbogacić o nie kolejny kawałek życia.

dalej »